oben links oben rechts
left border
Strona Główna ˇ Artykuły ˇ Biografia ˇ Linki ˇ Galeria ˇ SzukajPaździernik 18 2018 00:14:21
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Biografia
Linki
Galeria
Szukaj
Download
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanych użytkowników: 1
Nieaktywowany Użytkownik: 828
Najnowszy Użytkownik: himilsbach
Kto wypije angielskie piwo... ?
0.

Image and video hosting by TinyPic
Rebecca Dhieu Pobiarzyn, R. Janiszek i Marcin Pobiarzyn. Fot. L. L. Przychodzki


Na przełomie kwietnia i maja 1990 r. zmarły kilka lat temu Andrzej W. Pawluczuk ściągnął mnie znad Odry do pracy w pierwszym po 1944 r. prywatnym piśmie Lublina. Kierowana przez niego „Gazeta Lubelska DZIEŃ” szybko przestała ograniczać tematykę do stolicy województwa. Ponieważ siedzenie za biurkiem nigdy mnie nie bawiło - wraz z fotoreporterami: Jackiem Kasprzykiem, Markiem Polonisem i Krzyśkiem Frańczakiem - ruszać poczęliśmy w tzw. teren. Nigdy nie naoglądałem się tak skondensowanej paranoi, co wtedy na peryferiach Ziemi Lubelskiej okresu „przełomu”.
Znajomości i przyjaźnie, nawiązane podczas tych wędrówek, trwają niekiedy do dziś. A dziesiątki zdziwień, jakie nas spotykały, nadal wywołują uśmiech.
Pierwsze np. zetknięcie z miasteczkiem Krasnystaw - to miejscowy „Bacutil”, firma przerabiająca zwierzęcą padlinę. Uświadomiono mi tam, iż fakt, że rolnicy niemal nie dostarczają już padłych zwierząt, wcale nie świadczy o rosnącej zdrowotności bydła i nierogacizny. Świadczy natomiast o chłopskiej zapobiegliwości - znacznie bardziej opłaca się bowiem „dogadać” z weterynarzem i na podstawie lewego świadectwa odstawić „ubite” zwierzę do jednej z setek niewielkich masarni. Tak rodził się polski kapitalizm. Potem była walka o utrzymanie Cukrowni „Krasnystaw” w Siennicy Różanej i w ramach pracy w kolejnym już piśmie (prywatni wydawcy popełniali karygodne błędy i gazety padały niemal tak szybko, jak powstawały) - „Tygodniku Domowym” Franka Piątkowskiego - zapoznawcza wizyta w redakcji „Gazety Krasnostawskiej”.
Prowadził ją wówczas nie kto inny, a red. Mariusz Szumiło. Jako byłemu komandosowi na odwadze mu nie zbywało - od lokalnych samorządowców wymagał „jedynie” służby obywatelom, czego ekipa z miejscowego Ratusza za nic do wiadomości przyjąć nie umiała. Przypominał jej więc o tym co tydzień tekstami swojego pisma, ku uciesze rozlicznych Kowalskich, którzy również zaczęli się z wolna orientować, iż pod wyborczymi szyldami demokracji i praworządności kryją się niekompetencja i pazerność.
Naczelny „GK” cieszył się na równi szacunkiem mieszkańców miasta i rosnącą wrogością władz. Potrafił wykpić proboszcza, który za szkłem gabloty umieścił najmniejsze nominały papierowych jeszcze złotówek z zaznaczeniem, iż „takich na tacę nie przyjmuje”, załatwić skuteczny zachodni lek (nie do zdobycia przez krasnostawską służbę zdrowia) dla umierającej dziewczynki czy wytłumaczyć wiceburmistrzowi, iż na czworakach, nawet w stanie nieważkości, wędrować po centralnym skwerze miasta nie powinien. W kolejnych lokalach redakcji było biednie - lecz wesoło. Przedpotopowy sprzęt działał albo nie, ale „GK” w kioskach pojawić się musiała. Do czasu.
Do SDP przyjmowali Szumiłę bodaj Staszek Weremczuk (zm. 2009), znawca regionu, który do końca żywota twierdził, iż jedynie upór małopolskich chłopów uratował PRL przez kolektywizacją i Boguś Sarat, tropiący wówczas rozliczne afery w lubelskich spółdzielniach mieszkaniowych i rejestrujący w swoich artykułach proces „umieszczania się” byłych działaczy partyjnych w ich zarządach. Wydawca „Gazety Krasnostawskiej” miał jednak dość szykan i pismo Szumiły upadło. Reaktywacja przez Wojtka Ordyczyńskiego, który przejął tytuł i utrzymał jego interwencyjny charakter, skończyła się niemal tożsamo (niemal, bo dodatkowo „pojawiły się” niespłacone wierzytelności). Po tym wcieleniu „GK” pozostało jedynie legendarne motto (pismo wystartowało w chwili objęcia prezydentury przez A. Kwaśniewskiego): „Prezydent Lublina NASZYM prezydentem”, umieszczane pod winietą. Bliższego - niż lubelski - prezydenta pod ręką akurat nie było, w Krasnymstawie rządził burmistrz.
O wolnej prasie należało mówić, nie można jej było jednak realizować w praktyce, o ile kolidowało to z pomysłami władzy na jej demokrację. Tu neoliberałowie - bez względu na przynależność partyjną - są godnymi uczniami komunistów.
Były komandos pomagał jeszcze późniejszemu premierowi, Janowi Olszewskiemu, pisywał do gazet lubelskich, by zająć się wreszcie własnym biznesem. Po latach „objawił się” w Szkocji.
Żyłka „naprawiacza świata” tkwi w nim jednak na tyle mocno, by co czas jakiś skutkować powrotem do społecznikowskiego dziennikarstwa. Stąd portal www.polscott.com i dostrzeżenie sprawy rodziny Pobiarzynów.
By the way - Szumiło nie jest żurnalistą „grzecznym” i z tym liczyć się muszą wszyscy, których na swej drodze spotyka. Można go cenić lub nienawidzić - ale mało kto reaguje na twórcę polscott.com obojętnością. Między Wisłą a Bugiem nazywano go „Ostatnim Szeryfem” - już tytuły tekstów jasno mówiły, po której ze stron się opowiada (m.in. głośny „Wyrok w imieniu brody Lenina”), co stało i stoi w wyraźnej opozycji do lansowanego przez nadredaktora Michnika modelu „dziennikarstwa obiektywnego”.
Którego wszak nie było i nie ma, co Józef Kuśmierek czy nawet Eryk Mistewicz (dziś Eryk jest wziętym PR-owcem, podobnie jak wielu, którzy zbyt ufali swoim siłom i „polegli” w starciu z mało radosną rzeczywistością „odrodzonej” RP) starali się, póki uporu starczyło, tłumaczyć dziennikarskiej młodzi.
A taki model zakłada nie tylko opisywanie realiów, a całkiem ludzkie ingerowanie w nie, przeciwstawianie jakiejś panoszącej się klice swoich kumpli, których udało się zainteresować konkretnym przejawem zła. Trochę to bliskie zasadzie „oko za oko”, ale też pomoc, by spełniła czyjeś oczekiwania, powinna być skuteczną. Samo pisanie nie wystarczy.
Skutki bywają różne, ale też każda krzywda wedle przytaczanego modelu żurnalistyki, domaga się przynajmniej prób naprawy. Może dlatego zaangażowani w ludzkie losy dziennikarze umierają młodo i nie są w stanie uniknąć „łatki” człowieka kontrowersyjnego.

1.


Image and video hosting by TinyPic
R. Janiszek za kamerą, Rebecca karmi Dobrusię. Fot. L. L. Przychodzki



Ponieważ postanowiliśmy niedawno z naczelnym wileńskiego „Infopolu”, Staszkiem Tarasiewiczem, odpocząć nieco od prowadzonego przez 3 lata projektu, trudno było nie zareagować na pytanie red. Szumiły: „Pojedziesz zobaczyć, jak naprawdę żyją Pobiarzynowie?”. Kilka dni wygospodarować da się zawsze. A setki dokumentów w plikach PDF nie zastąpią osobistej „wizji lokalnej”. Tu kłaniam się (nie po raz pierwszy) mistrzowi dociekania prawdy, Józefowi Kuśmierkowi.
O sprawie sudańsko-polskiego małżeństwa wiedzieliśmy w „Infopolu” z tekstów publikowanych przez www.aferyprawa.eu i www.polscott.com. Zdarza nam się bowiem nie tylko pisać, ale też wciąż czytać. Potem Mariusz przysłał jeden mail, drugi...
Nie byłem i nie jestem tzw. dziennikarzem śledczym. Interesują mnie ludzkie losy, widziane przez pryzmat podejścia reportażowego, próba umieszczenia jednostkowych dziejów w kontekście czasu i miejsca, a także doszukanie się w bohaterach moich reportaży tych cech osobowości, jakie determinują ich życiową drogę. To znów szkoła prof. Zygmunta Baumana i red. Kajetana Wojtysiaka...
Bardzo lubię powracać do „opisywanych” ludzi (wiem wszak, iż każdy opis z różnych względów pozostaje niepełny, reportażysta sam musi być moralnym sitem, filtrującym informacje) - a jeszcze bardziej wspólnie z nimi pracować.
Toteż nim dotrę do malowniczo położonego Stójkowa, zabieram z Wałbrzycha operatora lipskiej telewizji MDR, Romka Janiszka, legendarnego leadera miejscowych kopaczy węgla, od niedawna prezesa Stowarzyszenia „Biedaszyby”. Janiszek, kiedyś ratownik górniczy, od lat walczy z kamerą o dokumentowanie różnych form społecznego oporu wobec bezduszności władz i nędzy, jaka spadła na teren byłego Dolnośląskiego Zagłębia Węglowego po zaprzestaniu wydobycia antracytu.
Z amatora, kręcącego chrzciny i studniówki, stał się Roman cenionym zawodowcem, czego dowodem nagradzany wielokrotnie dokument „Wszyscy jesteśmy z węgla” Tomasza Wiszniewskiego. Janiszek jest jego współautorem i jednym z bohaterów.
Ostatnio pomagaliśmy razem Patrickowi Mullerowi, francuskiemu filmowcowi, w nagrywaniu wałbrzyskich sekwencji godzinnego obrazu „Voyage en Silésie” w mroźne, styczniowe dni roku 2009. Teraz czas na sprawę Pobiarzynów.


Image and video hosting by TinyPic
L. L. Przychodzki rozmawia via Skype z red. M. Szumiłą z www.polscott24.com.
Fot. R. Janiszek



2.

Zbierzmy, co wiadomo. Rebecca Dhieu z plemienia Dinka, 3-milionowego narodu aktywnego w walce o niepodległość sudańskiego Południa, mając dość wojny domowej i narzuconego miejscowymi obyczajami małżeństwa z obcym człowiekiem, będąc w zaawansowanej ciąży uciekła do Ugandy. Tam urodziło się pierwsze jej dziecko, córeczka Linnie.
Obozy uchodźców nigdzie nie są niczym więcej, niż przytułkiem. Na szczęście urzędnicy jednego z pomocowych programów ONZ zwrócili uwagę na Rebeccę (nie bez znaczenia było jej wyznanie - jak większość Dinków jest chrześcijanką) i pomogli jej w uzyskaniu statusu uchodźcy w UK. Dziewczyna zabrała dziecko i znalazła się w Bury, podejmując naukę języka angielskiego.
Konfrontacja z brytyjską sk(rzeczy)wistością, a zwłaszcza z urzędniczkami Social Service, okazała się powrotem do piekła, w innym nieco, bo „demokratycznym” wymiarze. Prawdopodobnie okradana z należnych jej pieniędzy (red. Szumiło ocenia, iż w grę wchodzi suma ok. 18 tys. funtów) nagle stała się „złą” i „rozrzutną” matką. Biurokratki nie kwapiły się do prawdziwego kontaktu z Rebeccą - ona ledwie władała angielskim, one nie szukały tłumacza, znającego język dinka. Gdy wreszcie znalazły, to jedynie po to, by stwierdzić, iż psychika R. Dhieu jest zbyt zniszczona przebytymi okrucieństwami, by kobieta mogła opiekować się własną córką. Władze Bury przeznaczyły Linnie do adopcji.
Podczas pożegnalnego widzenia Rebecca zagroziła popełnieniem samobójstwa na oczach pracowników ośrodka adopcyjnego. To wystarczyło. R. Dhieu-Pobiarzyn do dziś przechowuje miejscową gazetę, gdzie nie znający sprawy dziennikarz pisał o niej, niemal jako o wampirzycy. Czytałem owo „dzieło” w Stójkowie - jakże podobne do tanich sensacyjek ze stron polskich dzienników... Prawda brana jest w nawias, dominuje populizm.
Na podstawie m.in. raportu Vicky Perzynki - rozmowa prowadzona po „angielsku” - brytyjski sąd uznał Rebeccę Dhieu za osobę niebezpieczną i zadecydował, iż każde dziecko, jakie jeszcze urodzi, ma jej być odebrane. Oczywiście raport taki nie ma realnej mocy prawnej, podważenie go nie sprawi kłopotu żadnemu prawnikowi - obowiązkiem „badającego” jest przyprowadzenie ze sobą osoby, biegle znającej język dinka - tym bardziej, iż (odrzuconą przez sąd) pomocą służyło londyńskie SWA (Sudan Women Association). Rasizm czy nie rasizm? Pytanie, niestety, retoryczne.
Na swojej drodze dziewczyna napotkała jednak Polaka, Marcina Pobiarzyna. Zamieszkali razem, a Marcin starał się swoją dobrocią wynagrodzić Rebecce choć część krzywd.
Machina brytyjskiego prawa (gdzie częstokroć, jak w tym przypadku, decyduje prawo lokalne, sprzeczne z „ogólnobrytyjskim”, jak też istniejącymi konwencjami praw człowieka) dopilnowała, by kolejne dziecko, Emanuel, którego ojcem był Marcin Pobiarzyn, urodziło się w... więzieniu, gdzie na kilka dni przez znanym paniom z Social Service terminem porodu, trafiła Rebecca, oficjalnie wezwana jedynie na n-te przesłuchanie. Nie wiem, czy poród w kajdankach zdarzał się w sowieckich łagrach czy niemieckich obozach zagłady. Na to chyba oprawcy z dawnych czasów jeszcze nie wpadli. Brytyjscy stróżowie prawa - owszem.
Dla Marcina, którego długo nie chciano poinformować o losach partnerki, był to szok. Pomocy nie uzyskał ani w manchesterskim konsulacie (jeśli wierzyć słowom M. Pobiarzyna, wicekonsul Białek skwitował problem krótko: „Jestem tu od reprezentowania Państwa Polskiego, nie polskich obywateli”), ani poprzez adwokata.
Rebecca po porodzie jeszcze przez kilka miesięcy przebywała w areszcie, bez konkretnych zarzutów i jakiejkolwiek sprawy sądowej. Emanuel trafił do adopcji, jak wcześniej Linnie. Marcinowi pozwolono na sporadyczny kontakt z nim, pod ścisłym jednak nadzorem. Trudno, by w tych warunkach syn mógł nawiązać więź emocjonalną z ojcem.
W Bury oboje byli napiętnowani, odmówiono im tam nawet udzielenia ślubu. Wzięli go ostatecznie w Manchesterze. Utrudniając Pobiarzynom starania o odzyskanie Emanuela, Brytyjczycy zadbali też, by w akcie jego urodzenia znalazły się wszelkie potrzebne dane, prócz... nazwisk rodziców. Zgodnie z prawem UK Rebecca i Marcin - w tym konkretnym przypadku - nie istnieją. W innych (rewizje i zatrzymania pod zarzutem posiadania narkotyków, których na szczęście nie próbowano im podrzucić, bo to również nie należy na Wyspach do rzadkości) - istnieli. I to absolutnie namacalnie, tak, by można było na nich wywierać zróżnicowane typy presji. Biurokratom z Bury nie mogło pomieścić się w głowach, że dwoje obcych śmie upominać się o własne dzieci.
Nie zdziwiłbym się, gdyby uraz wobec wszelkiej proweniencji urzędów pozostał obojgu małżonkom do końca życia. Skoro przez kilka lat kontakt z biurokratami w UK polegał tylko na samowoli wobec Pobiarzynów - inną ich reakcję, w każdym kraju, gdzie by się nie znaleźli - uważałbym za psychologicznie nie umotywowaną. Gdyby panie psycholog z Kłodzka spytały: „Skąd ta pewność, panie Lechu?” - odrzekłbym tak: „Żył nie tak dawno mój niemal-krajan (urodzony w podlubelskim Klarowie), prof. Kazimierz Dąbrowski. Poza teorią dezintegracji pozytywnej, na całkiem praktycznym polu udało mu się powołać do życia Polskie Towarzystwo Higieny Psychicznej. Tak się składa, iż mniej więcej w latach 1978-82 brałem w tej „zabawie” udział. A podejście do ludzi poprzez pryzmat myśli Profesora (wiedza również) - pozostało i nie dostrzegam potrzeby, by je zmieniać”.
Porzucając dygresje - gdy Rebecca powtórnie zaszła z Marcinem w ciążę, po długich rozmowach oboje zdecydowali się na pożegnanie niegościnnych dla nich Wysp. Angielskie, nawarzone przez odczłowieczonych biurokratów piwo - wreszcie się przelało. Tym razem polska dyplomacja pomogła i Rebecca Dhieu-Pobiarzyn całkiem legalnie, jako żona obywatela UE, mogła przemieścić się na teren RP.
Z psychologicznego i „życiowego” punktu widzenia - był to jednak wymuszony sytuacją eskapizm. Z nadzieją na happy end.

Image and video hosting by TinyPic
Na angielskim akcie urodzenia Emanuel Dhieu Pobiarzyn nie ma... rodziców.
Fot. L. L. Przychodzki





3.

Siedzimy z Marcinem przy ocienionym stole na podwórku obejścia. Romek Janiszek kręci wewnątrz domu jego codzienność. Nie dano nam bowiem odczuć, że jesteśmy intruzami i ingerujemy w rodzinną prywatność. Możemy tu na pewno nie wszystko, ale dużo. Wystarczyły powitalne uśmiechy.
L. L. P: Marcinie, czego spodziewaliście się, przyjeżdżając do Polski?
M. P.: ... wolności!
L. L. P.: Co przez to rozumiesz?
M. P.: ...że będę chodził do pracy, opiekował się dzieckiem, że nie będą nas nachodzić osoby z żadnych urzędów...
L. L. P.: Kto wymyślił wyjazd do Polski?
M. P.: Oboje! Początkowo chcieliśmy wziąć ślub w Polsce i wyjechać z powrotem do Anglii. Wyszło inaczej...
L. L. P.: Czemu jednak do Anglii? Rodzinny dom masz tutaj.
M. P.: Od czasów Mazowieckiego w Polsce się tylko mówi, że będzie lepiej. Nie widzę tego. Mama ciężko harowała w hucie szkła i nie ma szans, by wyżyła z emerytury. Gdyby nie gospodarstwo agroturystyczne, które ma na głowie, byłoby całkiem źle. A goście raz są, innym razem ich nie ma... Sporo zależy od pogody i zasobności kieszeni turystów. Do nas bogaci nie przyjeżdżają... Zwyczajnie - w Anglii moja rodzina może liczyć na spokojną starość.
L. L. P.: ... ale też powrót koszmaru Social Service!
M. P.: Tu zaczyna być podobnie! Choć na początku było całkiem pozytywnie. Rebecca nie miała „niebieskiej karty” (taka książeczka zdrowia), a mimo to lekarze z kłodzkiego szpitala umożliwili jej godny poród, nawet mogłem w nim uczestniczyć! Jesteśmy im za to bardzo wdzięczni.
L. L. P.: Co się więc zmieniło?
M. P.: Jak mówiłem, przyjechaliśmy z Wysp pod koniec stycznia 2010 roku. Przez rok był spokój, aż tu, chyba 4. marca 2011 przyjechała opieka społeczna z policją. Jak powiedzieli: „Po dziecko”...
L. L. P.: ... czyli urodzoną w Kłodzku Dobrusię?
M. P.: Tak. Na szczęście zamiast zabrać Dobrusię, poradzono mi, bym następnego dnia odwiedził sędziego i Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie. Dopiero wtedy się dowiedziałem, iż toczy się wobec nas jakaś sprawa, bo Anglicy uzyskali nasz adres i na postawie tego samego prawa lokalnego Bury, przez które zabrali Linnie i Emanuela, chcą wywieźć z Polski Dobrusię.
L. L. P.: Żadnych pism wcześniej na Wasz adres sąd z Bury nie wysyłał?
M. P.: Ani wcześniej, ani do tej pory. Traktują nas, jakby nas nie było, rozmawiają tylko z sądem w Kłodzku, jakbyśmy byli przedmiotami czy powietrzem. I jak tu nie wierzyć opinii jednego ze szkockich prawników, że Social Service „w majestacie prawa” sprzedaje (głównie kolorowe) dzieci do adopcji?
L. L. P.: Sytuacja stawia prowadzącego sprawę polskiego sędziego w nader kłopotliwej sytuacji, rozmawialiście z nim?
M. P.: Rebecca nie, bo mówi po polsku słabo. Ja rozmawiałem. Początkowo miał ochotę postąpić zgodnie z żądaniem Anglików, ale wycofał się z tego stanowiska, uzależniając ostateczną decyzję od opinii opieki społecznej i psychologów na temat naszej rodziny.
L. L. P.: To wtedy zaczęliście być „nawiedzani” przez kuratorów z opieki społecznej?
M. P.: Poza panią Hatalską nie było najgorzej. Ale moja mama naprawdę nie lubi, gdy ktoś na nią krzyczy w jej własnym domu i myśli, że może straszyć awanturami gości naszej agroturystyki.
L. L. P.: O co poszło?
M. P.: O to, że pan Szumiło ściągnął do Stójkowa media, nawet TVN.
L. L. P.: Urzędnicy poczuli się zagrożeni? W czym, jeśli wykonują swój zawód zgodnie z przepisami?
M. P.: Ja nie znam ich przepisów, ja oczekuję normalnego traktowania żony i dziecka. I jeśli się z Rebeccą rozmawia, to jednak przynajmniej tłumacza ze znajomością angielskiego. To nasze prawo i to prawo akurat znam.
Nic dziwnego, że na pytanie, jak się czuje, rozmawiając bez tłumaczy z polskimi urzędnikami, Rebecca Dhieu-Pobiarzyn odpowiada krótko: „Czuję się prześladowana. Nie rozumiem, o co tym ludziom chodzi”.
Tej dziewczynie można jedynie współczuć, ale i podziwiać hart jej ducha. Najpierw ugandyjski obóz dla uchodźców, potem absolutnie nieznana Anglia i językowa bariera komunikacyjna, tragedia matki, której odebrano dzieci z powodów absolutnie dla niej niepojętych... Potem jeszcze dziwniejsza Polska, gdzie najpierw przez rok dają jej odpocząć, aż nagle znów urzędy grożą odebraniem Dobrusi.
Rozmawiamy, paląc.
L. L. P.: Dużo palisz, Rebecco?
R. D.-P.: Trzy dziennie. Po posiłkach, tylko. Ustaliliśmy, że w domu, przy Dobrusi się nie pali. Do tego muszą się dostosować nawet przyjezdni - goście agroturystyki mamy Marcina.
L. L. P.: Przedtem paliłaś więcej?
R. D.-P.: W ciąży? Nie, w ciąży się nie pali..!
Miło to słyszeć staremu nałogowcowi, bo wszak większość przyszłych matek, jakie znam, pali i palić pewnie będzie.
Wracamy do rozmowy z Marcinem, pojawia się Romek, gdy listonosz przynosi wezwanie na pobliski komisariat policji. Numer sprawy, owszem jest, ale Marcin pojęcia nie ma, o co chodzi. Przez telefon żaden z policjantów nie jest w stanie wyjaśnić mu, czego mianowicie wezwanie dotyczy. Trzeba się stawić i koniec. Miłe na pewno to nie jest, ale Pobiarzyn wygląda na człowieka cierpliwego. Wzywają - pójdzie, dowie się na miejscu. Niczego nie przeskrobał. „Pewnie znów chodzi o Dobrusię...”.
Przyglądamy się skromnemu, ale zadbanemu obejściu. Auta turystów, suszące się na sznurkach ubranka dziecka, trzy kozy wyskubujące trawę na opłotkami ogródka... Kozy to mleko. Mnóstwo witamin dla córki Pobiarzynów, która tymczasem drepce za babcią, grabiącą coś pod kwiatkami...
Po Dobrusi nie widać nieufności. Janiszek wyraźnie ją rozśmiesza, moja broda ciekawi a kamera prowokuje do wyciągnięcia rączek.
Dziadkowie kochają Dobrusię, ale nie zauważamy, by ją rozpieszczali. Mała, jak to mała - lubi być na rękach. Ale też nie protestuje, gdy ma udać się na spacer po pięknej okolicy nie wózkiem, a na własnych nogach. Romek, wyraźnie zadowolony, kręci tę rodzinną normalność. Dzieci są wdzięcznym tematem dla filmowych operatorów - nie pozują, jak dorośli.
Stosunki pomiędzy członkami rodziny nie zdają się być napięte. Tu wszystko kręci się wokół Dobrusi i turystów. Dzień ma swój harmonogram: kiedy jedna z kobiet sprząta, druga gotuje. Ale to tylko wtedy, gdy w domu jest Marcin lub Franciszek, ojczym Pobiarzyna. Inaczej jedna z pań Pobiarzynowych zajmuje się dzieckiem, druga dogląda kuchni.
A jednak każda niemal rozmowa i tak schodzi na przyszłe losy Dobrusi i jej rodziców. „Przez pierwszy rok było inaczej - mówi mama Marcina. - Teraz wszyscy się niepokoimy, czy ci Anglicy się odczepią, czy nie?”.

4.

Problemów nie tworzą przepisy, tylko układający je i interpretujący - ludzie.
Sprawa narodziła się w UK i tam powinna zostać rozwiązana definitywnie. Tu, na Dolnym Śląsku, wielu ludzi postawiła w sytuacji dla nich nowej (stąd może nerwowość obu stron urzędowej „barykady”). Sędzia nie do końca uwierzył widać angielskim dokumentom, skoro poprosił odpowiednie służby socjalne regionu o przyjrzenie się sprawie.
Przeszkodą w pomyślnym rozwiązaniu losów przynajmniej Dobrusi są procedury. A w nich największe zło to czas. Tempo badań psychologicznych, zwłaszcza wobec kobiety uczącej się dopiero podstaw polszczyzny, jest nie do przyjęcia i wyklucza ich rzetelność. Prawdopodobnie panie psycholog z Kłodzka doskonale o tym wiedzą. W przypadku matki Dobrusi potrzebny jest najpierw okres zaadoptowania się do... prowadzącej badania, rozpoznania - mimo bariery językowej - jej intencji i... uprawnień.
Wszelki pośpiech powoduje „zamknięcie się” obserwowanej, co znów skutkuje mylną oceną jej osobowości. Badanie całej rodziny Pobiarzynów zakrawa na nieporozumienie - mamie Marcina nikt dotąd nie zabronił mieć dzieci, zresztą choćby z racji wieku - na kolejne raczej się nie zanosi... Sprawa w Anglii dotyczy wyłącznie matki Dobrusi, nie ma co wykazywać się wobec Brytyjczyków urzędową nadgorliwością. Pobiarzynowie mają - uzasadnioną wydarzeniami w Bury - obawę, iż polskie urzędy będą chciały zamknąć sprawę jak najszybciej, by mieć ją „z głowy”.
Teraz wszystkim potrzebny jest czas. Tu, pod Kłodzkiem. Bo w UK należy zrobić wszystko, by krok po kroku udowodnić angielskim służbom bezprawie wobec R.Dhieu-Pobiarzyn, na co wskazuje jednoznacznie pismo reprezentującego Bury South w Izbie Gmin Ivana Davisa z 30. czerwca 2009 r. Mamy jednak już rok 2011, a brytyjskie prawo wciąż stawia się ponad międzynarodowe konwencje.
Znany mi dobrze Trybunał Strassbourski wyrokował już w podobnych sprawach. Wyrokował pozytywnie. Przykłady? Proszę: Link
Dwa dni spędziłem co prawda na rozgryzieniu (i odszukiwaniu) pogmatwanych, jak dla mnie przepisów, czego czytelnikom wcale nie polecam (ja - musiałem) - ale nawet trudniejsze, niźli Pobiarzynów, przypadki znalazły wreszcie swój szczęśliwy finał.
Jedna jeszcze uwaga - z pełnym szacunkiem pozostaję wobec pomocowej postawy red. Szumiły. Prawników i biegłych z zakresu psychologii wykopie on spod ziemi i będą to pewnie fachowcy o europejskiej renomie. Skoro sprawą (pomijając zasłużoną Fundację Helsińską) zainteresowany jest kardynał Dziwisz, to obecny stan rzeczy długo się nie utrzyma.


Image and video hosting by TinyPic
Trzy panie Pobiarzynowe. Fot. L. L. Przychodzki



Tym niemniej wolałbym, by Mariusz pozostawił więcej miejsca dla... samej rodziny Pobiarzynów. Z ich strony potrzebna jest dotychczasowa konsekwencja, ale też konkretne decyzje - wybór biura prawnego i sformułowanie pierwszych pozwów.
Czekać będziemy wszyscy na dalszy rozwój wypadków i na dokument Romka Janiszka, który pewnie jak „Wszyscy jesteśmy z węgla” wyświetlany będzie nie tylko w Polsce. Pytanie: „Kto wypije angielskie piwo?” - pozostaje wciąż pytaniem otwartym, choć zdaniem pewnej Maszynistki Niebieszczańskiej - wypić je powinni wyłącznie urzędnicy.

Lech L. Przychodzki
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
right border
unten links unten rechts


245539 Unikalnych wizyt

Powered by powered by php-fusion   |   Theme by Moded By: UCTXs Themes

Based on greeny by: Design by Matonor

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie