oben links oben rechts
left border
Strona Główna ˇ Artykuły ˇ Biografia ˇ Linki ˇ Galeria ˇ SzukajCzerwiec 21 2018 06:09:24
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Biografia
Linki
Galeria
Szukaj
Download
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanych użytkowników: 1
Nieaktywowany Użytkownik: 828
Najnowszy Użytkownik: himilsbach
PODRÓŻNY LUDZKICH PRZESTRZENI
Image and video hosting by TinyPic


B. T.: W marcu ubiegłego roku lubelski UMCS zorganizował Ci 35-lecie pracy twórczej. Imprezę w „Chatce Żaka” prowadziło dwoje profesorów zwyczajnych i jeden doktor. A Ty nadal pozostajesz magistrem...

L. L. P.: Trudno od gościa, który dziś jest w Wilnie, jutro w Berlinie, a wczoraj był w Wałbrzychu wymagać koniecznej dla tego typu kariery - systematyczności. To znaczy - musiałem wykształcić „inny rodzaj” systematyczności (inaczej bym utonął w dokumentach, książkach, fotografiach, nagranych i pustych taśmach) - ale adekwatny do porządku w duszy (i mieszkaniu) naukowca to on nie jest. Zupełnie. Rządzi się innymi prawami. Imprezę w „Chatce...” prowadzili zaiste ludzie nie tylko obdarzeni tytułami, ale też naprawdę mądrzy. I – moim zdaniem – dobrzy. Dwoje pierwszych (prof. Jadwiga Mizińska i prof. Stefan Symotiuk) wciąż pamięta, iż byłem dawno temu ich studentem. A Jędrek Filus wydał ostatnią moją książkę...
B. T.: Każde z nich zna chyba nieco inne Twoje „wcielenie”?
L. L. P.: Musiałabyś ich zapytać (śmiech)... Ale chyba masz rację. Najpierw znali mnie jako poetę, twórcę fluxusu i włóczykija. To czasy „Ogródu/Ogrodu-2” i moich studiów, najpierw polonistyki (KUL), potem filozofii (UMCS). Dlaczego nie mówię – jako studenta? Po prostu na studiowanie zostawało już mało czasu, bywałem na uczelni rzadko, ale chyba skutecznie. Z pracą magisterską i jej obroną kłopotów nie było... Potem jako niespokojnego ducha opozycji, ale coraz bardziej odległego od „Solidarności”, którą w 1980 r. przecież współtworzyłem...
B. T.: Byłeś związany z trójmiejskim Ruchem Społeczeństwa Alternatywnego...
L. L. P.: Może trudno to zrozumieć dzisiejszym młodym ludziom, ale przede wszystkim związany byłem przyjaźniami. Bo wówczas słowo „przyjaźń” znaczyło naprawdę. Przyjaźnie decydowały o mojej współpracy z Galerią EL, RSA czy międzynarodową ekipą fluxusu „Double Travel”. I o tym, że w pewnej chwili zacząłem chronić środowisko naturalne, to był chyba wrzesień 1988 roku...
B. T.: Stan wojenny dla jednych był tragedią, dla innych groteską. Czym był dla Ciebie?
L. L. P.: Na pewno nie był szokiem. Jeszcze 2 tyg. przed jego wprowadzeniem zastanawialiśmy się w Warszawie podczas zjazdu Polskiego Towarzystwa Higieny Psychicznej, czy Generał zaaplikuje go nam w Boże Narodzenie, czy poczeka do Sylwestra... Sporo ludzi wiedziało, nieznany był tylko dokładny termin.
B. T.: Wyszedłeś z tego okresu naszej historii raczej bez strat...
L. L. P.: Dla mnie był kabaretem. Nie potrafiłem się go bać, wystarczyło, że bała się niekiedy moja żona. Która zresztą dopiero wiosną 1990 r. uwierzyła, że przez 9 lat byliśmy na okrągło kontrolowani. Musiała, bo zjawił się u nas (uczyliśmy wtedy od 5 lat w wiosce na granicy Ziemi Lubuskiej i Pomorza Zachodniego) tubylczy komendant posterunku i wyznał całe te 5 lat grzechów władzy wobec naszej rodziny. To, że czytali listy – wiedziałem, ale to, że zawiadowca stacyjki melduje natychmiast, dokąd kupiłem bilet – tylko podejrzewałem. A komendant po prostu chciał... pozostać komendantem. I ja miałem mu wystawić jak najlepsze referencje (śmiech)!
B. T.: Pozostał na stanowisku?
L. L. P.: Jasne, świnią nie był ani żadnym nadgorliwcem. I wszelkie grzechy mu odpuściłem. Wtedy i na amen.
B. T.: Nową władzę poparłeś całym sercem...
L. L. P.: Tak, nawet chyba przeznaczyliśmy z przyjacielem po pensji dla wsparcia poczynań Mazowieckiego (śmiech). Cóż, pomyłki się zdarzają... Od maja 1990 r. zacząłem robić tzw. niezależną prasę i w ciągu 3-4 miesięcy złudzenia mi przeszły. W terenie, czyli na Ziemi Lubelskiej, gdzie wróciłem i którą objeżdżałem z fotoreporterami, potem ze swoją ekipą TV Lublin3, wszelkie zmiany polegały bardziej na prywatnych porachunkach różnych klik, niż na przekształceniu świadomości. Która zatrzymała się nie na dobie Gierka nawet, tylko wręcz Gomułki.
B. T.: Uchodzisz za jednego z najbardziej ostrych polskich reportażystów, a jednocześnie o ludziach piszesz niezwykle ciepło... Kto cię uczył takiego podejścia?
L. L. P.: Widzisz, w pewnym momencie spostrzegłem, iż nie potrafię już pisać wierszy. Musiałem coś z tym zrobić, bo np. filozofowanie o sztuce jest może głębokie, ale samej sztuki nie zastąpi. Rzadko piszę poważne teksty o malarstwie czy architekturze, chociaż niekiedy ktoś z przyjaciół to ode mnie wyegzekwuje. Dziennikarzem zostałem nieomal przypadkiem, podobnie jak później redaktorem książkowym... Realia były takie, że w 1990 roku nowe, prywatne gazety w Lublinie powstawały i okazało się, iż... nie ma kto do nich pisać. Byli managerowie, byli funkcyjni, tylko tych do zapełniania szpalt zabrakło...
B. T.: Wydawcy bali się dziennikarzy, czynnych w poprzednim ustroju?
L. L. P.: Trochę nie tak, stare gazety zmieniły tylko tytuły (i to nie wszystkie), płaciły lepiej niż prywatne, ludzie wcale stamtąd nie odchodzili i bynajmniej nie wstydzili się swojej przeszłości. Wiedzieli już, że „okrągły stół” zagwarantował im bezkarność. W nowych gazetach konieczność nakazywała sprowadzanie zupełnie nie sprawdzonych piór, stąd poziom tekstów był od Sasa do lasa... Nawet tekstów „słusznych”. A koszmarne panienki po publikacji kilku artykułów rosły w piórka tak bardzo, iż bez żenady potrafiły zmieniać tych naczelnych, którzy wymagali od nich myślenia podczas pisania... Wystarczyła „delegacja” kilku takich do wydawcy, który dla świętego spokoju obsadzał stołki tak, jak mu proponowały.
B. T.: Jakie pisma z tego czasu zostały Ci w pamięci?
L. L. P.: Na przełomie lat 1990/91 ukazywały się w Polsce właściwie dwa tytuły, czytane dla ich reportaży: Tygodnik Gdański „Solidarność” z cudną i wybitnie wredną dla braku odwagi i pustosłowia Olą Saratą i lubelski „Tygodnik Współczesny”. W tym drugim bawiliśmy się świetnie przez półtora roku, bo i ekipa była przednia: Baśka Milczarek, Anka Truskolaska, Marek Garbacz, Zbyszek Dmitroca, Piotrek Grauman... I niepowtarzalny naczelny – Czarek Listowski. On tworzył ducha, myśmy tego ducha zamieniali w „ciało” gazety.
B. T.: Prowadziłeś w „Tygodniku Współczesnym” właśnie dział reportażu...
L. L. P.: Tak, najpierw... karnie, bo moje sekretarzowanie redakcji doprowadziło kilku kolegów do lekkiej siwizny (lubowałem się wówczas w tzw. czarnym dowcipie, zestawiając np. teksty z absurdalnie nieadekwatnymi fotografiami). Ale po 3-4 numerach polubiłem nową funkcję i traktowałem ją już znacznie poważniej. A pióra do dyspozycji mieliśmy naprawdę klasy krajowej.
B. T.: Przypadek stworzył reportażystę..!
L. L. P.: Chyba nie można reportażysty „stworzyć”. Albo to w sobie ma, albo nie. Wielu młodych ludzi po wszelakich studiach dziennikarskich widziałem, z wieloma pracowałem. I... nic. Jedynym z nich fachowcem, który raczej przypadkiem skończył w Warszawie dziennikarstwo, była Baśka Milczarek, od lat już pozostająca poza zawodem.
Reportaż, jako sposób patrzenia na świat i opisywania go wskazał mi późniejszy wiceszef „Tygodnika Współczesnego” Kajetan Wojtysiak. To jeszcze w pierwszej naszej „wspólnej” gazecie – „Dniu”. Kajetan patrzył jak się szarpię w bzdurnymi newsami, o których wiedziałem, że za najdalej 2 dni staną się częścią zbiorowej niepamięci... I poradził: „Bierz fotoreportera i jedź po prawdziwe życie...”. Dzięki temu miałem potem spokój – omijały mnie swary, przewroty redakcyjne... Byłem w terenie! Tam się okazało, jak mało wiem. Do tej pory ten brak wiedzy nadrabiam.
B. T.: Karierę „etatowca” skończyłeś szybko...
L. L. P.: Trochę w tym pomogła choroba, a potem... Potem był rok ’93 czy ’94 i wszystko wróciło do dawnej „normy”. Prywatne pisma w Lublinie upadły definitywnie (pisałem w 6 czy w 7), zespół dokumentu i reportażu TV Lublin3 kolejny szef ośrodka rozwiązał, na rynku pozostała tylko „GW” ze swoim lokalnym odziałem i oba stare tytuły: „Kurier Lubelski” i „Dziennik” (onegdaj „Sztandar Ludu” teraz „Dziennik Wschodni”).
Trzeba było pomyśleć o czymś innym. W tym układzie - nie widziałem dla siebie miejsca.
B. T.: Wróciłeś do literatury?
L. L. P.: Nigdy od niej nie odszedłem. Żurnalistyka czy praca z Zarządzie Oddziału SDP-Lublin to raczej pasja społecznikowska, którą miałem i mam. Dokończyłem pierwszą książkę, wydałem ją w 2000 r., niektórym się podobała. Z przyjaciółmi wróciliśmy w tym samym roku do koncepcji pisma – jako wolnej trybuny sprzecznych nieraz wypowiedzi. Tak się odrodziła po 10 latach „Ulica Wszystkich Świętych”, pismo robione dla ruchu Mail Art, potem w wersji PDF umieszczane też w Necie. Pisali tam wielcy: Zygmunt Bauman, Ivan Preissler, Ryosuke Cohen i całkiem nieznani, których miesięcznik wypromował.
Daliśmy sobie spokój w roku 2009, po około 120 numerach. „Ulica...” „straszy” dziś w kilku (daleko od Polski wydanych) encyklopediach sztuki współczesnej.
B. T.: Prowadząc międzynarodową „Ulicę...” - coraz dalszy stawałeś się Lublinowi?
L. L. P.: Odwróć pytanie, a może to Lublin coraz dalszy się stawał ode mnie? Był czas, gdy po chorobie i różnych innych zakrętach znajomi przechodzili na drogą stronę ulicy na mój widok. Kiedy wyszły 2 pierwsze książki a w Niemczech z dr Bruno Nieszporkiem uruchomiliśmy www.RegioPolis.net, rzecz się miała już odwrotnie – z drugiej przechodzili na moją, by mi „uścisnąć dłoń”. Nawet posłom się zdarzało! Smutne – ale ludzkie.
Jest po prostu tak, że od ponad 10 lat jeśli ktoś mi coś proponuje, to na pewno nie w Lublinie. Łódź, Elbląg, Częstochowa, Kraków, Katowice, Warszawa... A głównie już spoza Polski – Niemcy, gdzie wyszło „Tao niewidzialnych”, Czechy, Francja, Litwa, ostatnio Szkocja czy Belgia...
B. T.: Czyli to Lublin unika Ciebie?
L. L. P.: To nie mój problem. Mam ten psychiczny luksus, że mogę pracować z osobami, które cenię. Z Ryszardem Tomczykiem, Wojtkiem Kajtochem, Henrykiem Sporoniem, Alfredem Bartyllą-Blanke, o. Radkiem Malinowskim MA, Januszem Krawczykiem, Staszkiem Tarasiewiczem... Niektórzy w Polsce, niektórzy w RFN czy Afryce... To akurat mało istotne. Ważni są ludzie.
B. T.: Pierwsze Twoje trzy książki to literatura piękna (lub swoista wersja filozofowania). Ale dwie ostatnie - to literatura faktu...
L. L. P.: Powinny być już trzy. Ta trzecia (pisana z Agnieszką Brytan i Romkiem Janiszkiem) o umarłym mieście, czyli Wałbrzychu biedaszybów, korupcji władzy i walki byłych górników o godność swoją i rodzin... Za mało czasu, za dużo wciąż się dzieje...
B. T.: W Polsce piszesz „śladowo”...
L. L. P.: Fakt, odkąd pożegnałem się z Magazynem „Obywatel”, pracuję głównie dla wileńskiego „Infopolu”. Stach Tarasiewicz i zna się na rzeczy i życie ma na tyle połamane, byśmy się świetnie rozumieli. Od roku na mapie mojego pisania pojawiły się Belgia i Szkocja. Kilkuletni epizod niemiecki tymczasowo zakończony, acz chyba nie na długo. Propozycje są, konkretne dość.
Poza tym, jak wiesz, piszemy z przyjacielem operę... Libretto gotowe, Tadeusz się męczy z muzyką do II aktu.
B. T.: Tu, w kraju, zająłeś się ostatnio sprawą małżeństwa Sudanki i Polaka, czyli państwa Pobiarzynów, którym Anglicy odebrali najpierw 2 dzieci, korzystając z prawa lokalnego Bury, a teraz ścigają ich w Polsce, chcąc zabrać do adopcji urodzoną już w Kłodzku Dobrusię...
L. L. P.: Cóż, chętnych do pisania na trudne tematy nie ma. „Gazeta Wyborcza” naucza przecież tego, co zowie „obiektywizmem”. Ten „obiektywizm” spowodował jeśli nie śmierć to przynajmniej paraliż polskiego reportażu od ładnych kilkunastu lat. Patrzę na to z przerażeniem, ale rozumiem... Przecież ta forma dziennikarska, jak żadna inna, oddaje mniej radosne oblicze polskiej „transformacji”. A raczej – mogłaby oddawać, gdyby ją publikowano. Teksty, udające reportaże, owszem, pojawiają się. Ale daleko im do odautorskiej analizy, do osadzenia w historycznych, kulturowych i ekonomicznych realiach. Jeśli stawiają pytania, to banalne, wynikające raczej ze strachu autorów przed odpowiedzialnością prawną, niźli z ich skromności zawodowej. Niestety, zbyt często pojawiają się w tych „reportażach”... odpowiedzi! Skoro bano się pytań – skąd owe recepty na szczęście bohaterów publikacji?
Świadczy to o jednym – dziennikarze jadą gdzieś z gotowymi tezami. Pół biedy, jeśli z własnymi, to przynajmniej jest szczere, choć dalekie od profesjonalizmu. Po przeczytaniu wielu tekstów mogę iść o zakład, iż „tezy” zostały piszącym podyktowane. A oni mieli je wyłącznie zilustrować, nader skromnym i selektywnie potraktowanym materiałem.
B. T.: Skończyłeś już z walką przeciw elektrowniom atomowym???
L. L. T.: To, iż nie jestem już członkiem Inicjatywy AntyNuklearnej, którą zakładaliśmy w grudniu 2008 roku, nie znaczy, że popieram atomowe aspiracje polskiego rządu! Nic z tych rzeczy. Tylko tymczasem co innego jest dla mnie istotniejsze. Choćby kolejne zawieruchy na szczytach wałbrzyskiej władzy (co ma swoje przełożenie na los regionu) czy sprawa Pobiarzynów - rasizm w czystej postaci. I powrót „Infopolu”, bo obaj z red. Tarasiewiczem mieliśmy od początku roku wspólny problem (bardzo chore dzieci), toteż portal po Wielkanocy ogarnął bezruch - nic tam się nie dzieje. Czas to zmienić, bo ludzie czekają.
B. T.: Czy pisarz i reportażysta z Twoim dorobkiem jeszcze czegoś oczekuje, czy jest zwyczajnie zmęczony i chciałby odpocząć?
L. L. T.: Zmęczony, owszem, bywam. Zwłaszcza, gdy stykam się z kolejnym idiotą (płci obojga), któremu jakiś partyjny klucz dał do ręki nieco władzy. Staram się go wówczas na powrót uczłowieczyć, a przynajmniej nie przesiąknąć samemu jego znieczulicą.
Czy oczekuję? No pewnie, inaczej bym się „wyłączył”, zaszył gdzieś w przepięknych lasach czeskiej Šumavy i tłumaczył książki tamtejszych reportażystów (choćby Antonína Pelíška) na polski lub pisał swoje historie. A zupełnie serio – jak zawsze – oczekuję spotkania na swej drodze kolejnych cudownych ludzi, którzy pokażą mi zupełnie nowe oblicze świata. Reportażysta, jako człowiek dużych (ale wybitnie „zaludnionych”) przestrzeni, zazwyczaj ma szczęście. I w różnych punktach różnych krajów - na takich „ludzieńków” natrafia...
B. T.: ...a nie chciałbyś uczyć reportażu dziennikarzy młodych, a ciekawych swego otoczenia i niezbyt strachliwych?
L. L. T.: Kto wie, może już niedługo taka okazja się nadarzy... Uśmiechasz się -rzeczywiście, nie w Lublinie..! Nad Bystrzycą wszyscy są z siebie zadowoleni, a to wyklucza jakikolwiek rozwój. Ich i mój.
B. T.: Co zrobić, gdy wszyscy - jak mówisz - „są z siebie zadowoleni”?
L. L. P.: Jak to co? Uciekać. Uciekać tam, gdzie nie są!
B. T.: Dzięki za rozmowę.


Z Lechem L. Przychodzkim rozmawiała Beata Traciak


(wiadomosci24.pl)








Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
right border
unten links unten rechts


234453 Unikalnych wizyt

Powered by powered by php-fusion   |   Theme by Moded By: UCTXs Themes

Based on greeny by: Design by Matonor

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie