PoPRawianie Polski...
Dodane przez himilsbach dnia Wrzesień 14 2010 14:23:42
Image and video hosting by TinyPic


W polskim Necie trwa dyskusja. Nic nowego? Wszak na wielu forach wynajęci spece od PR i nawiedzeni aktywiści wszelakich dyscyplin - od wrogów rodu Kaczyńskich po przyjaciół Artura Boruca - debatują, ile wlezie. Niewielu ich słucha, ale energia społeczna jest kanalizowana. I o to głównie chodzi - czas mija, ludzie dzielą się swoimi pomysłami, acz nie wynika z tego absolutnie nic. Realnych działań brak, a Polska pogrąża się w apatii.

W większości krajów dobrze zorganizowane wierchuszki tworów, zwanych partiami politycznymi, zadbały o wyłączność w rządzeniu. Ich przedstawiciele w parlamentach krajowych i lokalnych uchwalili „jedynie słuszne” zbiory przepisów prawnych, gwarantujących brak zmian systemowych. Wszystko w myśl zasady: „Nie należysz do jakiejś partii, nie masz szans na zmienianie świata”. Bo też owo „zmienianie” z jakichś, bliżej mi nieznanych przyczyn, może się odbywać jedynie... odgórnie.

Nieupartyjnione są dziś jedynie „społeczności pierwotne” i zmarli. Ci przynależą do innej rzeczywistości, choć Partię Boga - Hesbollah - też już na Bliskim Wschodzie wymyślono.

Tym niemniej sk(rzeczy)wistość nie wygląda dla partyjnych aparatczyków aż tak różowo, przynajmniej w krajach, którym zdemontowano przemysł i pozbawiono rządy realnej możliwości kontroli nad wielu sektorami, istotnymi dla ich państw.

W dobie globalizacji bowiem rady ministrów przyjęły na sobie rolę piorunochronu społecznego niezadowolenia, cedując niemałą część swych kompetencji na ponadnarodowe organizacje, typu Unii Europejskiej czy NATO.

Cedując „dobrowolnie” i „w imieniu” elektoratu. Którego przecież w „demokracji” nikt nie pyta o zdanie, dokładnie tak samo, jak w czasach „realnego socjalizmu”. Referenda nie zdobyły sobie na szerszą skalę prawa głosu, bo też i brak sił oddolnych, jakim chce się walczyć o ich przeprowadzanie.

Jako swoisty transmiter wartości i idei całkowicie Polsce obcych, służą tak zwani zachodni eksperci. Pomijając niemal obowiązkowy brak znajomości przez nich nie tylko języka polskiego, ale również tak naszej historii, jak obecnych realiów - przybywają oni między Bug i Odrę nie po to, by przyswoić cokolwiek z polskiej kultury, a po to, by RP poprawiać. Po swojemu i bez liczenia się z interesami Polaków.
A kompleksy (i polityczna konieczność - bez złudzeń) nakazują rodzimym władzom wszelkiego szczebla i wszelkich specjalności traktować owych ekspertów, niczym wyrocznie. Byli u nas fachowcy ds. ekologii, po których zostawały nierealne (a drogie) plany przeróżnych rekultywacji i ochrony terenów, dawno zdewastowanych przez przemysł, fachowcy ds. ekonomii, którym zawdzięczamy „plan Balcerowicza”, teraz - samozwańczy znawcy tzw. rewitalizacji starych dzielnic.

Ten bowiem problem (i stanowisko niemieckiego, choć urodzonego w Zabrzu w 1952 r., naukowca) spowodował dysputę dziennikarzy i internautów, która powoli wprawdzie zamiera, ale pozostawia po sobie niesmak i sporo pytań.

Otóż w lipcu na stronie Link niejaka Majka Zabokrzycka umieściła w cyklu „Śniadanie mistrzów” zapis rozmowy Małgorzaty Wyrzykowskiej, Tadeusza Sawy-Borysławskiego, Michaela Fleischera i Sławka Kurałowicza, dotyczącej rewitalizacji wrocławskiego Nadodrza, dzielnicy wciąż atrakcyjnej architektonicznie, acz zrujnowanej przez lata komunistycznych i liberalnych zaniedbań (tak – nie zapominajmy – „postsolidarnościowcy” rządzą RP już od lat 20, nie wszystko mamy prawo zganiać na ich poprzedników) i zamieszkałej przez ludzi biednych, nierzadko z tzw. marginesu społecznego.

I – znamienne – największym „jastrzębiem” kazał się być Michael Fleischer, Ślązak z Zabrza, identyfikujący się z niemieckością, acz pozwolono mu na nią późno (lub późno poczuł „zew krwi”), gdyż tak maturę (1971) w Technikum Przemysłu Gazowniczego, jak pierwsze studia (1971-76, Uniwersytet Śląski, magisterka dotycząca liryki E. Stachury) kończył w PRL. Dopiero stan wojenny pozwolił mu na studia z zakresu slawistyki i germanistyki w Bochum (1982-85).

Fleischer, dziś już z tytułem profesorskim, uchodzi po powrocie (na niemieckich już papierach) do Polski za znawcę problemów komunikacji społecznej. Można o nim wyczytać: „Obecnie wykłada w Instytucie Dziennikarstwa UWr, gdzie utworzył kierunek Communication Design oraz na SWPS we Wrocławiu”. Co prawda „Communication Design” nijak się ma do języka polskiego, ale problem leży gdzie indziej.

Teoretycznie bowiem M. Fleischer winien reprezentować poglądy humanistyczne - lub przynajmniej ku nim zbliżone. I to bez względu na to czy uważa się za Niemca, Ślązaka czy Polaka. Humaniści przecież granic nie powinni brać pod uwagę, gdyż myśli ludzkiej są one całkiem obce.

Czy wypowiedź Fleischera ma cokolwiek wspólnego z szeroko nawet pojmowanym humanizmem? Oto jej trzon:

„Wszędzie na świecie już przeprowadzano rewitalizację. Istnieją procedury i sprawdzone wzory. Możemy sprawdzić, które z nich pasują do Wrocławia.

Zasadniczy problem dotyczy ojców miasta, których uważam za niezbyt rozgarniętych. Zwłaszcza prezydent, który miastem w ogóle nie jest zainteresowany i jedynie przy pomocy miasta próbuje sobie załatwić polityczną karierę. Dla niego na tym się kończy Wrocław. My mamy remontować miasto, nie mając wsparcia w jego władzach? Zrobiony został Disneyland, czyli Rynek. Tak jak Pan Borysławski wspominał - to bardzo dobrze. Problem w tym, że to jest Disneyland. I według mnie nie ma on żadnego wpływu na resztę miasta. Ludzie przychodzą do Rynku, jak do Disneylandu pod Paryżem. Idą do knajpy, a potem wracają do normalnego miasta.

Procedura powinna być brutalna, czyli taka jak wszędzie. Wszystkie kamienice na Nadodrzu trzeba sprzedać. Ustalić ich własność albo aktem państwowym wywłaszczyć. Tak jak to zrobiono w Berlinie, gdy zawaliła się NRD. Struktury własności nie da się zrekonstruować, bo to trwa setki lat. W związku z tym sprzedano wszystko. Ci, których nie stać na kupno mieszkań, wyprowadzą się. Dowcip polega na tym, że to, co tutaj mieszka zaczyna dominować w całej dzielnicy. Ja też mieszkam w takim miejscu – na Hubach, czyli Bronxie. Jak się tam wprowadzałem, obowiązywała jeszcze jakaś równowaga. Teraz dresiarze przejęli władzę i psują wszystko, co się da. To nie jest zjawisko polskie, na całym świecie tak to działa. W związku z tym trzeba ich usunąć z tych dzielnic. Nie ma innego wyjścia, jak tylko przez wysokie ceny mieszkań.

Tak komfortowe mieszkania kupią ludzie, na których nam w mieście zależy, czyli wschodzący przedsiębiorcy. Ludzie, którzy mają świadomość, że chcą mieszkania, które ma cztery metry. Przeciętny wrocławianin myśli tylko, że to oznacza drogie ogrzewanie i że trzeba te sufity obniżyć. Żeby usunąć taką mentalność trzeba po prostu brutalnie oczyścić dzielnicę z ludzi, których w niej nie chcemy. Nie mam nic przeciwko nim, to są tacy sami ludzie, jak ja, ale oni się nie nadają do kultywowania takich miejsc jak Nadorze, czy mój Bronx. Po pierwsze, dlatego że ich na to nie stać, po drugie, dlatego że zdewastują te miejsca wcześniej czy później. Na całym świecie się tak robi. Taką dzielnicę, ogłasza się jako tak zwaną „lepszą dzielnicę” i ściąga do niej kreatywnych i młode przedsiębiorstwa. Za nimi pojawiają się knajpy, sklepy, w których można kupić francuskie sery i wina. Oni napędzają rozwój całego kwartału. Tak trzeba zrobić, nie dlatego, że taka jest moja recepta, tylko dlatego, że tak się to wszędzie robi, a my prochu nie wymyślimy.”


Ciekawa jest już opinia Fleischera o władzach Wrocławia. Prezydent Dutkiewicz cieszył się do niedawna pełnym poparciem niemieckiego biznesu. Do czasu, gdy finanse miasta nie zaczęły się załamywać a sam Dutkiewicz zapragnął być politykiem, niezależnym od istniejących ugrupowań partyjnych, zwłaszcza od PO.

Wówczas przestał być pupilem tak nadredaktora Michnika, jak samorządowców i przemysłowców RFN. Taki scenariusz nie wchodził bowiem w rachubę. Miastem, pochłaniającym wciąż spore sumy niemieckich euro, nie może przecież sterować osoba, mająca własne poglądy. W dodatku – niekiedy przynajmniej – służące rodzimemu biznesowi, ku czemu prezydent Wrocławia coraz bardziej się skłania.

W Berlinie czy w Dreźnie byli mieszkańcy nie zostali na bruku. O tym Fleischer wie bardzo dobrze. Otrzymali inne mieszkania, niekiedy zdecydowanie przewyższające standardem nie tylko lokale Nadodrza, ale i współczesnych polskich koszmarów blokowych. Wywłaszczanie i przeprowadzki odbyły się „po niemiecku” - szybko i składnie.

Fleischer zna polskie realia, w przeciwieństwie do innych ekspertów. Tutaj panuje boska improwizacja, nikt za nic nie odpowiada, a skargi pokrzywdzonych trafiają zazwyczaj do koszy biurokratów.

Ale to drobiazg. Łukasz Maślanka z „Krytyki Politycznej” tak postrzega casus Fleischera: „Wykładając kawę na ławę, prof. Fleischer proponuje powstawanie gett dla ludzi z niższych klas społecznych. W jego wizji miasta nie mieszczą się ludzie o niższym niż jego statusie ekonomicznym. Według jego wizji, to osobnicy niegodni, by żyć w centrum miasta pośród „młodych przedsiębiorców”, smakoszy serów i win. To wizja, którą da się opisać w bardzo prosty sposób – ludzie, żyjący z tzw. junk jobs, którym w życiu nie powiodło się tak dobrze, jak profesorowi, mają zniknąć z jego pola widzenia. Niech kiszą się we własnym sosie, najlepiej z dala od rogatek miasta. W ten sposób oddzieli się zdrową tkankę lokalnej społeczności od tej gorszej – mniej obrotnej, gorzej wykształconej, raczej nie bywającej w teatrze.”

Podobnie - do blaszanych kontenerów, usytuowanych na obrzeżu miasta, chcą upchnąć biednych obywateli Śródmieścia władze Krakowa.

Francuskie sery, owszem, lubię. Win nie, ale widocznie nie znam się na trunkach, preferując napoje bardziej wyskokowe, o ile mam je już spożywać. Zresztą interesuje mnie bardziej towarzystwo, w którym skonsumuję przysłowiowe „pół litra”, niż sama wódka.

Ale nawet zupełne rozkochanie w produkcji serowarów – nie sprowokowałoby mnie do wysiedleń na skalę dzielnicy. Wysiedlali już Niemcy za Hitlera i Sowieci za Stalina. Wzorami etycznymi jakoś dla potomnych nie zostali.

Humanistów winno być stać na utopie społeczne, nie na powielanie wzorców najgorszych, bo nieludzkich.

Fleicher ma wielu studentów. Jedną z jego podopiecznych znam. Oto co mówi o swoim wykładowcy: „Profesor Fleischer na swoich zajęciach ze studentami często przywołuje tzw. „triadę idioty”:1. To musi tak być, 2. To już zawsze tak było, 3. Inaczej się nie da.

Trudno w tym wypadku nie przyznać profesorowi racji. Tym bardziej zadziwia, dlaczego, mimo znajomości (chyba...) swoich własnych haseł, znany specjalista od komunikacji społecznej właśnie w taki – nomen omen „idiotyczny” - sposób argumentuje zasadność podwyżki czynszu, by wykurzyć stamtąd mieszkańców Nadodrza. „Na całym świecie tak to działa”, „nie ma innego wyjścia”, „to trzeba zrobić bo tak się to wszędzie robi” - to nie parafraza podanej wyżej „triady idioty”. To słowa profesora...

Znamienity jest również przykład, jaki podaje Fleischer dla potwierdzenia swej tezy – Niemcy. Kraj związkowy, rządzący się zupełnie innymi realiami od polskich, z dużo większym wachlarzem pomocy społecznej kierowanej dla (różnorako) wykluczonych. Kraj idei Bauhausu, funkcjonalności i praktyczności. Jakkolwiek podwyższanie czynszu, by pozbyć się niechcianej grupy społecznej jest zagrywką nikczemną, można przypuszczać, że mieszkańcy po-enerdowskich kamienic łatwo znaleźli tanie lokale zastępcze. Pewnie nawet ładne.

Oderwany od rzeczywistości naukowiec mógłby nie wiedzieć, że w Polsce podobna polityka zakończy się brukiem i jeszcze większą patologią. Ale specjalista od komunikacji?

Mam jednak wrażenie, że prof. Fleischera bardziej od poznania rzeczywistości interesuje jej „kreowanie” - a bardziej od faktycznej rewitalizacji (łac. re + vita; przywrócenie do życia) interesuje po prostu wykurzenie biedoty do gett. A to, w żadnym wypadku, nie powinno ujść na sucho „humaniście”...”.


Znów publicysta „Krytyki Politycznej”: „Mieszkańcy tej dzielnicy zasługują też, jak każdy inny człowiek, na szacunek i godne traktowanie. Prof. Michael Fleischer w swojej wypowiedzi tego wszystkiego im odmawia, traktując ich jak ludzi gorszego gatunku, zawalidrogów na szczęśliwej ścieżce konsumpcji klasy średniej. Może więc, skoro prof. Fleischer tak bardzo by chciał w spokoju kosztować serów i win, powinien się przenieść do którejś z podwrocławskich miejscowości? A przy okazji zaciemnić okna w willi, ogrodzić ją 5-metrowym płotem i wykopać wokół niej fosę? Wtedy na pewno nie dostrzeże biedy i nie będzie musiał wzdragać się na samą myśl o niej. I będzie mógł w spokoju snuć swoje aspołeczne, neoliberalne wizje. Nikomu przy tym nie szkodząc i nie zatruwając nimi debaty publicznej.”

Panie Łukaszu kochany, debaty publiczne odchodzą w przeszłość. I prof. Fleischer wie o tym doskonale. Europa „jednoczy się” pod niekwestionowalnym przywództwem Niemiec, a wykładowca z Wrocławia jest tam forpocztą „nowego”. Nic, iż to „nowe” już przerabialiśmy. Jest brutalne – ale proste. I nie narusza interesów tych, jak to ujął Fleischer, „na których nam w mieście zależy” – ludzi, obracających mamoną.

I mniej istotnym jest fakt, iż gros polskich konsumentów – dostarczycieli owej mamony do kieszeni nowobogackich – żyje na poziomie mieszkańców Nadodrza. Chleb i mleko kupią - nawet wygnani do kontenerów. A „elity” będą mogły się cieszyć serami i francuskim winem, zapijanym natychmiast (gdy nikt nie parzy) „czystą” z gwinta w najbliższej bramie. Bo smaku i mentalności nawet tym Polakom Fleischer „poprawić” nie zdoła. Zaprzęgnie ich tylko silniej do uczestnictwa w Debordowskim „spektaklu”, przydając nieco bardziej eksponowane role. Dopóki będą... wygodni.