Świąteczność codzienności
Dodane przez himilsbach dnia Październik 13 2010 00:50:39
Image and video hosting by TinyPic


Bodaj w lipcu ubiegłego roku pisać mi przyszło o pierwszej wspomnieniowej książce Blanki Pelc-Wróblewskiej, jaką nazwała „Wyrwane z zapomnienia”. I oto jej swoiste dopełnienie, gdyż trudno tu mówić o ciągu dalszym - wszak tytuł doskonale oddaje charakter tomu - „Dorywanki”.

Redaktor tomu i autor posłowia, Jerzy Paruszewski, zauważa: „„Dorywanki” znakomicie wpisują się w najbardziej obecnie pożądany przez odbiorców nurt osobistego relacjonowania historii – czyli z punktu widzenia rzeczywiście przeżywającej ja jednostki (oficjalne, „zobiektywizowane” i schematyczne wersje dziejów powszechnych – pomijające ponadto lokalne niuanse – powtarzane były w różnych wariantach przez długie lata, aż do kompletnego znudzenia). Dlatego książka z „małej ojczyzny”, gdzie każde słowo nosi swoistą pieczęć Autorki: BYŁAM PRZY TYM, jest – łatwo to sobie uświadomić – po prostu czymś, na co wszyscy czekamy...”. (s. 146).

O tym, jak tworzy się oficjalną wersję historii, pisał Orwell w „1984”. Polacy są od 20 lat świadkami podobnego odkłamywania części własnej przeszłości i jednoczesnego idealizowania innych jej fragmentów. Podobnie w pozostałych krajach byłego obozu socjalistycznego - nawet w Rosji, gdzie mało kto np. zna genialny film Elema Klimowa „Idź i patrz” z roku 1985 tylko dlatego, iż bez nijakich zasłon ukazuje on bestialstwo armii niemieckiej wobec cywilnej ludności Białorusi. A Kreml chce wszak z Europą, jednoczoną przez RFN, współpracować.

Tym cenniejsze są „subiektywne” spojrzenia odautorskie - brak w nich i politycznej „poprawności” i towarzyszącego jej często zadęcia - upiększania tego, co wszak najczęściej szare i zwyczajne, czyli... „nieciekawe”.

„Nie będę tu na pewno oryginalna, jeśli powiem, że autorem każdej książki, a już zwłaszcza wspomnieniowej, jest nie tylko osoba, która ja napisała, ale mnóstwo innych osób, które dostarczyły jej tematów i całe życie, które bez przerwy wokół niej się toczy” - pisze Blanka Pelc-Wróblewska. (s. 21). Może to i niezbyt oryginalne, ale bardzo prawdziwe i świadczące o wielkiej pokorze pisarki wobec „surowca”, jakim zaiste w literaturze wspomnieniowej jest samo życie. Iluż twórców potrafi jasno i bez fałszywego wstydu przyznać, iż ich sztuka (oraz oni sami, jako osobowości) kształtowane były, są i będą przez innych ludzi i wydarzenia, jakich są bezpośrednimi świadkami lub obserwatorami za pośrednictwem mass-mediów? Pytanie z gatunku retorycznych – dziś promowany jest egoizm, czyli patrzenie poprzez pryzmat „ja”. Które niechętnie przyznaje (nawet sobie samemu), że stworzyły je zupełnie inne „ja”, odległe niekiedy nie tylko w przestrzeni ale też w czasie.

Gdy każdy chce być „sobą” (czyt. dzieckiem ogłupiającej reklamy, produkującej seryjnych konsumentów), nie staje miejsca na refleksję i skromność.

Nowa książka żyrardowskiej autorki na refleksji właśnie bazuje. Blanka Pelc-Wróblewska porównuje życie społeczne (piękne przykłady niegdysiejszej tolerancji prostych robotników miejscowych fabryk wobec osób upośledzonych umysłowo) grodu nad Pisią w czasach swojej młodości i dziś. Z subiektywnych spostrzeżeń („(...) kiedyś ludzie bardziej cenili sobie ciszę i lubili się w nią wsłuchiwać.” (s. 22)) buduje całkiem nie-subiektywny obraz, nie stroniący od ocen. Ocen, których boją się dziś nawet predestynowani do ich wygłaszania – humaniści.

Proste, acz powtarzalne jak doświadczenia naukowe, obserwacje prowadzą autorkę do wniosków absolutnie zbieżnych z pracami współczesnych socjologów. I tak – mnogość psów w Osiedlu Żeromskiego postrzega Blanka Pelc-Wróblewska jako skutek samotności otaczających ją ludzi. To zwierzęta kreują indywidualność właścicieli, poza tym niemal tożsamych – poddawanych „obróbce” tych samych mass-mediów, reklam, sposobu odżywiania. Dawniej? „W moim pierwszym, czerwonym domu przy ulicy Sokulskiej psów i kotów nie było w ogóle, były za to chmary gołębi, mnóstwo królików i domowego ptactwa: kur, kogutów, gęsi, kaczek, perliczek, a nawet (okresami) indyków. Hodowla ta na pewno w dużym stopniu spowodowana była względami praktycznymi i biedą, ale nie tylko. Dla ludzi zmęczonych całodzienną, ciężką pracą stanowiła ona rodzaj rozrywki i relaksu.” (s. 29).

Dziś bieda w Żyrardowie (może?) mniejsza, znaczniejsza za to atomizacja jednostek i szukanie przyjaźni nie u ludzi, a czworonogów. „Przeciętnie co czwarta, piąta rodzina ma swoje zwierzątko, o które troszczy się nie mniej, niż kiedyś rodzice o własne dzieci, chociaż nierzadko jest to miłość trochę egoistyczna.” (s. 33).

Autorka przywołuje na stronach „Dorywanek” nie tylko własną pamięć, ale też realnie istniejące dokumenty – choćby popularne niegdyś pamiętniki. Przytacza wiele wpisów z dwu, jakie ocalały do dziś dnia. Pochodzą one z lat 1937-1942.

„Ktoś może spytać, właściwie po co przytoczyłam tu te dawne, czasem bezwartościowe, wpisy moich rówieśników, rodziny i pedagogów. Nie ma w nich przecież żadnych rewelacji.

Na pozór tak. Ale – jak mi się wydaje – przetrwał w nich zapach tamtych czasów, które chciałabym przekazać współczesnym czytelnikom. Może go poczują...”. (s.60).

Zaiste – trudno nie poczuć. Oto jeden z przykładów, autorstwa Janki Zielińskiej, datowany: „Wojna, okres niewoli 9.II. 1942 r.”

„Rozważaj szeroko o błędach przeszłości,

A przyszłość buduj świetniejszą i trwalszą

I radź spokojnie bez swarów i złości,

By plan jaki ostał na epokę dalszą...”

Ani dziś przeszłość nikogo specjalnie nie obchodzi, ani przyszłość, jeszcze bardziej abstrakcyjna i na pewno niemożliwa do zaplanowania. A nawet gdy możliwa – planowanie wymaga wszak wytężenia szarych komórek... Człowiek masowy woli, by o przyszłości decydowano za niego. Zdecydowanie bowiem preferuje teraźniejszość. Najchętniej weekendową.

Sporo miejsca poświęca Blanka Pelc-Wróblewska zmianom, jakie zaszły w tradycji świątecznej. Opisuje kolejno zwyczaje Bożego Narodzenia, Wielkanocy, Zielonych Świątek i Bożego Ciała.

Jeszcze kilka szkiców z wojennej codzienności i Powstanie Warszawskie, mocno przez autorkę przeżywane, tym bardziej, iż z Żyrardowa widać było łunę nad płonącą stolicą, tamtędy jechały potem transporty, przewożące mieszkańców Warszawy i wreszcie tam przybywali ocaleli z walk, by zagnieździć się u krewnych czy znajomych. Powstanie, które oficjalnie zaistniało w świadomości Polaków wraz z książkami o nim, książkami na których edycję przed Władysławem Gomułką nie pozwalano.

Nieco uśmiechu przynoszą opowieści o podróżach do „bratnich krajów socjalistycznych” – można się nawet stamtąd nauczyć sposobów przemytu złota, bo przemyślni Polacy nie po to wszak zwiedzali demoludy, by oglądać zabytki...

Zaduma z kolei towarzyszy ulotnym spotkaniom autorki ze znanymi pisarzami: Melchiorem Wańkowiczem, Marią Kuncewiczową, Jerzym Waldorffem, ks. Twardowskim...

Jeszcze kilka słów Blanki Pelc-Wróblewskiej, o podziemnej „Solidarności” w jej zakładzie pracy i atmosferze, coraz odleglejszej przecież, stanu wojennego.

Wszystko wymieszane z wierszami – tymi „artystycznymi” i „żartobliwie-okolicznościowymi”, figurującymi tu na równych prawach – prawach pamięci.

Dzięki takim twórcom, jak autorka „Dorywanek”, czytelnicy odkryć mogą świąteczność codzienności. Jej różne oblicza – humorystyczne i groźne.

A przy tym zrozumieć, iż z każdego miejsca na ziemi warto przypatrywać się światu, albowiem horyzont nakreślamy sobie sami. I z Żyrardowa widać niekiedy nie mniej, niż z ostatniego piętra Pałacu Kultury.

Blanka Pelc-Wróblewska, Dorywanki, Żyrardów 2010


Lech L. Przychodzki specjalnie dla Infopolu