oben links oben rechts
left border
Strona Główna ˇ Artykuły ˇ Biografia ˇ Linki ˇ Galeria ˇ SzukajLipiec 19 2018 02:11:46
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Biografia
Linki
Galeria
Szukaj
Download
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanych użytkowników: 1
Nieaktywowany Użytkownik: 828
Najnowszy Użytkownik: himilsbach
Witamy
FUKUSHIMA – TSUNAMI KŁAMSTW
Potrzeba trzech, pięciu, dziesięciu lat na odzyskanie kontroli nad sytuacją, a nawet kilkudziesięciu – na likwidację następstw katastrofy.

Naoto Kan, premier Japonii, 11.07.2001


Usytuowane na wybrzeżu Wysp Japońskich elektrownie nuklearne Nipponu budziły sprzeciw jeszcze przed tragedią Fukushimy Daiichi. Nie tak dawno, bo w maju 2010 r., temat poruszył jeden z tokijskich posłów. Yoshinobu Terasaka, dyrektor generalny rządowej Agencji ds. Bezpieczeństwa Nuklearnego, był jednak zdania, iż zastosowane w tamtejszych EA nowoczesne technologie i rozwiązania konstrukcyjne wykluczają sytuację, w której nastąpić może jednoczesna utrata zasilania zewnętrznego, zasilania wewnętrznego, awaria agregatów spalinowych i utrata możliwości podłączenia zasilania z sąsiednich elektrowni.
Kto wypije angielskie piwo?
Image and video hosting by TinyPic



PODRÓŻNY LUDZKICH PRZESTRZENI - wywiad z Lechem L. Przychodzkim

Image and video hosting by TinyPic
Platforma Obywatelska ucieka z Wałbrzycha?
Wałbrzyskiego serialu ciąg dalszy: wbrew zdaniu autorki wiadomości24.pl – Dagmary Trembickiej – naprawdę nie wszystko w tamtejszej prezydenckiej kampanii wyborczej ładnie pachniało. Świdnicka prokuratura zaczęła bowiem stawiać konkretne zarzuty osobom, które „nakłaniały do oddawania głosów w zamian za korzyści finansowe”. Pisząc jaśniej - tym, co proponowali łapówki jako „ekwiwalent” głosowania na Piotra Kruczkowskiego i jego partyjnych kolegów.
RECENZJA > > Twarzą w twarz z... widzem
W lubelskim Muzeum UMCS (nazwa mocno na wyrost, jak z innymi pokłosiami dawnej rzeczywistości) odbył się wernisaż wystawy Pawła Znamierowskiego, jednego z ciekawszych ostatnio polskich fotografików, czy jak sam artysta się określa - fotoGRAFIKÓW. Po ekspozycji „Smutków” Stasysa Eidrigevičiusa to chyba najciekawsze dotąd wydarzenie plastyczne grodu nad Bystrzycą w roku 2011.
Obywatelskie NIE! dla “mubaraka” Wałbrzycha
Piękne, secesyjne miasto zniszczył brak inwestowania w poniemiecką substancję mieszkaniową, zaś wybieranie węgla z tzw. filara ochronnego tuż przed likwidacją Wałbrzyskiego Zagłębia Węglowego – pogłębiło tylko upadek.
Zamknięcie kopalń, decyzja stricte polityczna, choć przedstawiana jako konieczność wolnego rynku, skazała miasto i region na powolne wymieranie i wzrost zjawisk patologicznych. Etosu pracy bronili przez niemal dekadę biedaszybnicy – górnicy z nielegalnych wyrobisk. Ale i ich zapał się wyczerpał. Zabrakło nowych leaderów, bo starzy zrezygnowali z działań społecznikowskich na rzecz własnych – mniejszych czy większych – karier.
Świąteczność codzienności
Image and video hosting by TinyPic
PoPRawianie Polski...
Image and video hosting by TinyPic


W polskim Necie trwa dyskusja. Nic nowego? Wszak na wielu forach wynajęci spece od PR i nawiedzeni aktywiści wszelakich dyscyplin - od wrogów rodu Kaczyńskich po przyjaciół Artura Boruca - debatują, ile wlezie. Niewielu ich słucha, ale energia społeczna jest kanalizowana. I o to głównie chodzi - czas mija, ludzie dzielą się swoimi pomysłami, acz nie wynika z tego absolutnie nic. Realnych działań brak, a Polska pogrąża się w apatii.

W większości krajów dobrze zorganizowane wierchuszki tworów, zwanych partiami politycznymi, zadbały o wyłączność w rządzeniu. Ich przedstawiciele w parlamentach krajowych i lokalnych uchwalili „jedynie słuszne” zbiory przepisów prawnych, gwarantujących brak zmian systemowych. Wszystko w myśl zasady: „Nie należysz do jakiejś partii, nie masz szans na zmienianie świata”. Bo też owo „zmienianie” z jakichś, bliżej mi nieznanych przyczyn, może się odbywać jedynie... odgórnie.

Nieupartyjnione są dziś jedynie „społeczności pierwotne” i zmarli. Ci przynależą do innej rzeczywistości, choć Partię Boga - Hesbollah - też już na Bliskim Wschodzie wymyślono.

Tym niemniej sk(rzeczy)wistość nie wygląda dla partyjnych aparatczyków aż tak różowo, przynajmniej w krajach, którym zdemontowano przemysł i pozbawiono rządy realnej możliwości kontroli nad wielu sektorami, istotnymi dla ich państw.

W dobie globalizacji bowiem rady ministrów przyjęły na sobie rolę piorunochronu społecznego niezadowolenia, cedując niemałą część swych kompetencji na ponadnarodowe organizacje, typu Unii Europejskiej czy NATO.

Cedując „dobrowolnie” i „w imieniu” elektoratu. Którego przecież w „demokracji” nikt nie pyta o zdanie, dokładnie tak samo, jak w czasach „realnego socjalizmu”. Referenda nie zdobyły sobie na szerszą skalę prawa głosu, bo też i brak sił oddolnych, jakim chce się walczyć o ich przeprowadzanie.

Jako swoisty transmiter wartości i idei całkowicie Polsce obcych, służą tak zwani zachodni eksperci. Pomijając niemal obowiązkowy brak znajomości przez nich nie tylko języka polskiego, ale również tak naszej historii, jak obecnych realiów - przybywają oni między Bug i Odrę nie po to, by przyswoić cokolwiek z polskiej kultury, a po to, by RP poprawiać. Po swojemu i bez liczenia się z interesami Polaków.
A kompleksy (i polityczna konieczność - bez złudzeń) nakazują rodzimym władzom wszelkiego szczebla i wszelkich specjalności traktować owych ekspertów, niczym wyrocznie. Byli u nas fachowcy ds. ekologii, po których zostawały nierealne (a drogie) plany przeróżnych rekultywacji i ochrony terenów, dawno zdewastowanych przez przemysł, fachowcy ds. ekonomii, którym zawdzięczamy „plan Balcerowicza”, teraz - samozwańczy znawcy tzw. rewitalizacji starych dzielnic.

Ten bowiem problem (i stanowisko niemieckiego, choć urodzonego w Zabrzu w 1952 r., naukowca) spowodował dysputę dziennikarzy i internautów, która powoli wprawdzie zamiera, ale pozostawia po sobie niesmak i sporo pytań.

Otóż w lipcu na stronie Link niejaka Majka Zabokrzycka umieściła w cyklu „Śniadanie mistrzów” zapis rozmowy Małgorzaty Wyrzykowskiej, Tadeusza Sawy-Borysławskiego, Michaela Fleischera i Sławka Kurałowicza, dotyczącej rewitalizacji wrocławskiego Nadodrza, dzielnicy wciąż atrakcyjnej architektonicznie, acz zrujnowanej przez lata komunistycznych i liberalnych zaniedbań (tak – nie zapominajmy – „postsolidarnościowcy” rządzą RP już od lat 20, nie wszystko mamy prawo zganiać na ich poprzedników) i zamieszkałej przez ludzi biednych, nierzadko z tzw. marginesu społecznego.

I – znamienne – największym „jastrzębiem” kazał się być Michael Fleischer, Ślązak z Zabrza, identyfikujący się z niemieckością, acz pozwolono mu na nią późno (lub późno poczuł „zew krwi”), gdyż tak maturę (1971) w Technikum Przemysłu Gazowniczego, jak pierwsze studia (1971-76, Uniwersytet Śląski, magisterka dotycząca liryki E. Stachury) kończył w PRL. Dopiero stan wojenny pozwolił mu na studia z zakresu slawistyki i germanistyki w Bochum (1982-85).

Fleischer, dziś już z tytułem profesorskim, uchodzi po powrocie (na niemieckich już papierach) do Polski za znawcę problemów komunikacji społecznej. Można o nim wyczytać: „Obecnie wykłada w Instytucie Dziennikarstwa UWr, gdzie utworzył kierunek Communication Design oraz na SWPS we Wrocławiu”. Co prawda „Communication Design” nijak się ma do języka polskiego, ale problem leży gdzie indziej.

Teoretycznie bowiem M. Fleischer winien reprezentować poglądy humanistyczne - lub przynajmniej ku nim zbliżone. I to bez względu na to czy uważa się za Niemca, Ślązaka czy Polaka. Humaniści przecież granic nie powinni brać pod uwagę, gdyż myśli ludzkiej są one całkiem obce.

Czy wypowiedź Fleischera ma cokolwiek wspólnego z szeroko nawet pojmowanym humanizmem? Oto jej trzon:

„Wszędzie na świecie już przeprowadzano rewitalizację. Istnieją procedury i sprawdzone wzory. Możemy sprawdzić, które z nich pasują do Wrocławia.

Zasadniczy problem dotyczy ojców miasta, których uważam za niezbyt rozgarniętych. Zwłaszcza prezydent, który miastem w ogóle nie jest zainteresowany i jedynie przy pomocy miasta próbuje sobie załatwić polityczną karierę. Dla niego na tym się kończy Wrocław. My mamy remontować miasto, nie mając wsparcia w jego władzach? Zrobiony został Disneyland, czyli Rynek. Tak jak Pan Borysławski wspominał - to bardzo dobrze. Problem w tym, że to jest Disneyland. I według mnie nie ma on żadnego wpływu na resztę miasta. Ludzie przychodzą do Rynku, jak do Disneylandu pod Paryżem. Idą do knajpy, a potem wracają do normalnego miasta.

Procedura powinna być brutalna, czyli taka jak wszędzie. Wszystkie kamienice na Nadodrzu trzeba sprzedać. Ustalić ich własność albo aktem państwowym wywłaszczyć. Tak jak to zrobiono w Berlinie, gdy zawaliła się NRD. Struktury własności nie da się zrekonstruować, bo to trwa setki lat. W związku z tym sprzedano wszystko. Ci, których nie stać na kupno mieszkań, wyprowadzą się. Dowcip polega na tym, że to, co tutaj mieszka zaczyna dominować w całej dzielnicy. Ja też mieszkam w takim miejscu – na Hubach, czyli Bronxie. Jak się tam wprowadzałem, obowiązywała jeszcze jakaś równowaga. Teraz dresiarze przejęli władzę i psują wszystko, co się da. To nie jest zjawisko polskie, na całym świecie tak to działa. W związku z tym trzeba ich usunąć z tych dzielnic. Nie ma innego wyjścia, jak tylko przez wysokie ceny mieszkań.

Tak komfortowe mieszkania kupią ludzie, na których nam w mieście zależy, czyli wschodzący przedsiębiorcy. Ludzie, którzy mają świadomość, że chcą mieszkania, które ma cztery metry. Przeciętny wrocławianin myśli tylko, że to oznacza drogie ogrzewanie i że trzeba te sufity obniżyć. Żeby usunąć taką mentalność trzeba po prostu brutalnie oczyścić dzielnicę z ludzi, których w niej nie chcemy. Nie mam nic przeciwko nim, to są tacy sami ludzie, jak ja, ale oni się nie nadają do kultywowania takich miejsc jak Nadorze, czy mój Bronx. Po pierwsze, dlatego że ich na to nie stać, po drugie, dlatego że zdewastują te miejsca wcześniej czy później. Na całym świecie się tak robi. Taką dzielnicę, ogłasza się jako tak zwaną „lepszą dzielnicę” i ściąga do niej kreatywnych i młode przedsiębiorstwa. Za nimi pojawiają się knajpy, sklepy, w których można kupić francuskie sery i wina. Oni napędzają rozwój całego kwartału. Tak trzeba zrobić, nie dlatego, że taka jest moja recepta, tylko dlatego, że tak się to wszędzie robi, a my prochu nie wymyślimy.”


Ciekawa jest już opinia Fleischera o władzach Wrocławia. Prezydent Dutkiewicz cieszył się do niedawna pełnym poparciem niemieckiego biznesu. Do czasu, gdy finanse miasta nie zaczęły się załamywać a sam Dutkiewicz zapragnął być politykiem, niezależnym od istniejących ugrupowań partyjnych, zwłaszcza od PO.

Wówczas przestał być pupilem tak nadredaktora Michnika, jak samorządowców i przemysłowców RFN. Taki scenariusz nie wchodził bowiem w rachubę. Miastem, pochłaniającym wciąż spore sumy niemieckich euro, nie może przecież sterować osoba, mająca własne poglądy. W dodatku – niekiedy przynajmniej – służące rodzimemu biznesowi, ku czemu prezydent Wrocławia coraz bardziej się skłania.

W Berlinie czy w Dreźnie byli mieszkańcy nie zostali na bruku. O tym Fleischer wie bardzo dobrze. Otrzymali inne mieszkania, niekiedy zdecydowanie przewyższające standardem nie tylko lokale Nadodrza, ale i współczesnych polskich koszmarów blokowych. Wywłaszczanie i przeprowadzki odbyły się „po niemiecku” - szybko i składnie.

Fleischer zna polskie realia, w przeciwieństwie do innych ekspertów. Tutaj panuje boska improwizacja, nikt za nic nie odpowiada, a skargi pokrzywdzonych trafiają zazwyczaj do koszy biurokratów.

Ale to drobiazg. Łukasz Maślanka z „Krytyki Politycznej” tak postrzega casus Fleischera: „Wykładając kawę na ławę, prof. Fleischer proponuje powstawanie gett dla ludzi z niższych klas społecznych. W jego wizji miasta nie mieszczą się ludzie o niższym niż jego statusie ekonomicznym. Według jego wizji, to osobnicy niegodni, by żyć w centrum miasta pośród „młodych przedsiębiorców”, smakoszy serów i win. To wizja, którą da się opisać w bardzo prosty sposób – ludzie, żyjący z tzw. junk jobs, którym w życiu nie powiodło się tak dobrze, jak profesorowi, mają zniknąć z jego pola widzenia. Niech kiszą się we własnym sosie, najlepiej z dala od rogatek miasta. W ten sposób oddzieli się zdrową tkankę lokalnej społeczności od tej gorszej – mniej obrotnej, gorzej wykształconej, raczej nie bywającej w teatrze.”

Podobnie - do blaszanych kontenerów, usytuowanych na obrzeżu miasta, chcą upchnąć biednych obywateli Śródmieścia władze Krakowa.

Francuskie sery, owszem, lubię. Win nie, ale widocznie nie znam się na trunkach, preferując napoje bardziej wyskokowe, o ile mam je już spożywać. Zresztą interesuje mnie bardziej towarzystwo, w którym skonsumuję przysłowiowe „pół litra”, niż sama wódka.

Ale nawet zupełne rozkochanie w produkcji serowarów – nie sprowokowałoby mnie do wysiedleń na skalę dzielnicy. Wysiedlali już Niemcy za Hitlera i Sowieci za Stalina. Wzorami etycznymi jakoś dla potomnych nie zostali.

Humanistów winno być stać na utopie społeczne, nie na powielanie wzorców najgorszych, bo nieludzkich.

Fleicher ma wielu studentów. Jedną z jego podopiecznych znam. Oto co mówi o swoim wykładowcy: „Profesor Fleischer na swoich zajęciach ze studentami często przywołuje tzw. „triadę idioty”:1. To musi tak być, 2. To już zawsze tak było, 3. Inaczej się nie da.

Trudno w tym wypadku nie przyznać profesorowi racji. Tym bardziej zadziwia, dlaczego, mimo znajomości (chyba...) swoich własnych haseł, znany specjalista od komunikacji społecznej właśnie w taki – nomen omen „idiotyczny” - sposób argumentuje zasadność podwyżki czynszu, by wykurzyć stamtąd mieszkańców Nadodrza. „Na całym świecie tak to działa”, „nie ma innego wyjścia”, „to trzeba zrobić bo tak się to wszędzie robi” - to nie parafraza podanej wyżej „triady idioty”. To słowa profesora...

Znamienity jest również przykład, jaki podaje Fleischer dla potwierdzenia swej tezy – Niemcy. Kraj związkowy, rządzący się zupełnie innymi realiami od polskich, z dużo większym wachlarzem pomocy społecznej kierowanej dla (różnorako) wykluczonych. Kraj idei Bauhausu, funkcjonalności i praktyczności. Jakkolwiek podwyższanie czynszu, by pozbyć się niechcianej grupy społecznej jest zagrywką nikczemną, można przypuszczać, że mieszkańcy po-enerdowskich kamienic łatwo znaleźli tanie lokale zastępcze. Pewnie nawet ładne.

Oderwany od rzeczywistości naukowiec mógłby nie wiedzieć, że w Polsce podobna polityka zakończy się brukiem i jeszcze większą patologią. Ale specjalista od komunikacji?

Mam jednak wrażenie, że prof. Fleischera bardziej od poznania rzeczywistości interesuje jej „kreowanie” - a bardziej od faktycznej rewitalizacji (łac. re + vita; przywrócenie do życia) interesuje po prostu wykurzenie biedoty do gett. A to, w żadnym wypadku, nie powinno ujść na sucho „humaniście”...”.


Znów publicysta „Krytyki Politycznej”: „Mieszkańcy tej dzielnicy zasługują też, jak każdy inny człowiek, na szacunek i godne traktowanie. Prof. Michael Fleischer w swojej wypowiedzi tego wszystkiego im odmawia, traktując ich jak ludzi gorszego gatunku, zawalidrogów na szczęśliwej ścieżce konsumpcji klasy średniej. Może więc, skoro prof. Fleischer tak bardzo by chciał w spokoju kosztować serów i win, powinien się przenieść do którejś z podwrocławskich miejscowości? A przy okazji zaciemnić okna w willi, ogrodzić ją 5-metrowym płotem i wykopać wokół niej fosę? Wtedy na pewno nie dostrzeże biedy i nie będzie musiał wzdragać się na samą myśl o niej. I będzie mógł w spokoju snuć swoje aspołeczne, neoliberalne wizje. Nikomu przy tym nie szkodząc i nie zatruwając nimi debaty publicznej.”

Panie Łukaszu kochany, debaty publiczne odchodzą w przeszłość. I prof. Fleischer wie o tym doskonale. Europa „jednoczy się” pod niekwestionowalnym przywództwem Niemiec, a wykładowca z Wrocławia jest tam forpocztą „nowego”. Nic, iż to „nowe” już przerabialiśmy. Jest brutalne – ale proste. I nie narusza interesów tych, jak to ujął Fleischer, „na których nam w mieście zależy” – ludzi, obracających mamoną.

I mniej istotnym jest fakt, iż gros polskich konsumentów – dostarczycieli owej mamony do kieszeni nowobogackich – żyje na poziomie mieszkańców Nadodrza. Chleb i mleko kupią - nawet wygnani do kontenerów. A „elity” będą mogły się cieszyć serami i francuskim winem, zapijanym natychmiast (gdy nikt nie parzy) „czystą” z gwinta w najbliższej bramie. Bo smaku i mentalności nawet tym Polakom Fleischer „poprawić” nie zdoła. Zaprzęgnie ich tylko silniej do uczestnictwa w Debordowskim „spektaklu”, przydając nieco bardziej eksponowane role. Dopóki będą... wygodni.
PALIKOTYZM STOSOWANY, CZYLI WSZELKIE CHWYTY DOZWOLONE
Image and video hosting by TinyPic

Nie mam zwyczaju pakowania w Google'a każdego nazwiska, jakiego nie znam. 
Ten typ zachowania trąci mi - delikatnie sprawę ujmując - ubeckimi metodami oglądu
świata. Nie wszystko wiedzieć należy i... nie wszystko wiedzieć warto.
Toteż nie będę „sprawdzał”, kim jest autor artykułu, zamieszczonego 
o godz. 23:32, 4. lipca na jednym z blogów „Salonu24”.
Podpisał się jako Andrzej Jarecki i niech tak zostanie.
Pretekstem do napisania tekstu z „Salonu...” stała się śmierć Rafała
Górskiego, człowieka, który umiał twórczo łączyć (w praktyce również)
różne kierunki myślenia społecznego. Sam określał się jako
„anarchista” i za takiego (czyli „wroga państwa”)
był powszechnie uważany. Gdyby jednak używał szyldu nie anarchisty a np.
mykologa (specjalista od wszelkich grzybów) - i tak pozostałby sobą: głęboko
wrażliwym na krzywdę innych - HUMANISTĄ.
W dodatku humanistą niezłomnym, bo choroba długo nie odbierała mu ani chęci, ani 
też możliwości dalszego uczestniczenia we wprowadzaniu na grunt polski
demokracji partycypacyjnej, wspierania eksmitowanych na bruk lokatorów czy
walczących o ludzką godność wałbrzyskich biedaszybników.
Zaczyna pan Jarecki nawet efektownie: „Dziś 4 lipca 2010 roku dowiedziałem 
się dwóch rzeczy 1) że zmarł na nowotwora złosiliwego krakowski anarchista
Rafał Górski oraz 2) że nowotworem złościwym można się zarazić.”
Błędów autora NIE poprawiam, kładąc je na karb wzruszenia śmiercią Rafała.
Tylko przypadek wypadałoby JEDNAK zmienić: nie na „nowotwora
złośliwego” a „nowotwór złośliwy”, Drogi Autorze.
Mniej efektowne jest późniejsze przeklejenie fragmentu tekstu ze strony 
„Rozbratków” (czy też OZZ IP), co wszak uczynić można, ale
stosując przynajmniej cudzysłów. Z grzeczności dla prawdziwego twórcy akapitu,
o zawodowej uczciwości nie wspomnę... To, co Andrzej Jurecki naprawdę wie o
Górskim, zawiera zdanie, akapit kończące. Ono chyba JEST dziełem autora
blogu: „Ogólnie można powiedzieć działacz środowiska
niepodległościowego”. Skromnie dodałbym jeszcze „i
wolnościowego”, choć nie wszyscy na takie szczegóły uwagę zwracać muszą.
I... to właściwie wszystko, co red. Jarecki ma do powiedzenia na temat odejścia 
krakowskiego filozofa społecznego, działacza związkowego i publicysty. Nieco
dłuższa „reszta” tekstu jest zbiorem przeróżnych wypisków
„naukowych”, a dotyczących wirusowego pochodzenia różnych
odmian raka, w tym nowotworu szyjki macicy. Rafał, niestety, kobietą nie był,
toteż analogia baaaaaaaaaaaaaaaaaaradzo odległa...
Przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy aby autor artykułu  nie usiłuje 
spostponować postaci zmarłego poprzez obwieszczenie, iż przynajmniej
niektórymi rodzajami rakowych wirusów można zarazić się drogą płciową,
podobnie jak AIDS. To by chociaż był mini-skandal! Ale nie, Andrzej Jarecki
zestawia raczej wszystko (niewiele), co przeczytał o Rafale i o wirusowym
pochodzenia rozpowszechnionych odmian raka, licząc na...
I tu zaczyna się MÓJ problem. Doprawdy, trudno mi pojąć, na co mianowicie liczył 
Andrzej Jarecki, publikując swoje dywagacje i tym i owym. Konkluzji żadnej
(w dowolnie wybranym miejscu artykuł mógłby się zakończyć z tożsamym
skutkiem), zaś do postaci zmarłego red. Jarecki nie wraca ani na chwilę.
Nie ja znalazłem tekst „Działacz niepodległościowy Rafał Górski a zakażenie 
rakiem” w Necie. Zrobił to inny kolega (w tym przypadku PRZYJACIEL)
krakowskiego myśliciela, Andrzej Kliś. Ale w komentującym link mailu zawierała
się chyba odpowiedź - po głębokim (mnie też się zdarza) namyśle dochodzę do
wniosku, iż głównym (być może wręcz jedynym) powodem umieszczenia
artykułu w Sieci stała się chęć spopularyzowania własnej postaci. Nietrudno było
przewidzieć, iż w związku z odejściem Górskiego link będzie lepiej
pozycjonowany w wyszukiwarkach, gdyż zainteresowanie postacią Rafała -
wzrośnie.
Dzięki wielkie red. Beacie Traciak z „W24”, za interwencję u 
zarządzającego „Salonem24”. Tekst Andrzeja Jareckiego
narusza bowiem „zasady gry” i nie powinien być udostępniony
Czytelnikom.
A jako rodzaj „kary” dla jego autora proponowałbym napisanie 
solidnej monografii Rafała. I to teraz, póki żyją (i mają się dobrze) bez
sklerozy czy innego Alzheimera ludzie, z którymi był blisko.
Wniosek ze sprawy smutny: palikotyzm triumfuje także w Necie, wszyscy chcą być 
WIDOCZNI, tylko czy rzeczywiście na to zasługują?
(Lech L. Przychodzki)
Odzedł Rafał Górski...

Rafał Górski 1973 - 2010


       Inicjatywa Pracownicza, niewielki ale nader aktywny związek zawodowy, poniosła 
w niedzielę bolesną stratę. W tym roku już drugą. Wiosną odszedł Marcel Szary,
charyzmatyczny przywódca robotniczy z poznańskiego „Ceglarza”. Tym razem
śmierć zabrała Rafała Górskiego.
O Rafale zrobiło się głośno z końcem lat 80. XX w. W latach 1988-1990
uczestniczył w działaniach opozycyjnych organizacji młodzieżowych (FMW i OM
KPN). W drugiej połowie 1989 r. pełnił obowiązki szefa OM KPN w Krakowie.
Po roku
1991 związał się m.in. z Federacją Anarchistyczną i Komitetem Wolny
Kaukaz, później zaś z Inicjatywą Pracowniczą.
Był jednym z leaderów pisma „A-tak”, pisywał do „Maci Pariadka”, „Trybuny
Robotniczej”, „Przeglądu Anarchistycznego” i stale do „Innego Świata”.
Samo pisanie Rafałowi nie wystarczało. Wykładał w przeróżnych miastach i
przeróżnych miejscach. Ale nade wszystko był uczestnikiem wielu społecznych
protestów, które niejednokrotnie sam organizował. Na stronie IP czytamy: „W lutym
1995 r. został zatrzymany i osadzony w Areszcie Śledczym w związku z zarzutem
udziału w okupacji budynku Delegatury Ministerstwa Przekształceń
Własnościowych w Krakowie oraz stawiania czynnego oporu policji podczas akcji
„Tama Tamie” w Czorsztynie w lipcu 1992 r. Akcje w obronie Górskiego
prowadzili anarchiści i członkowie KPN. Skazany na karę grzywny i wypuszczony na
wolność po trzech tygodniach prowadzonej w areszcie głodówki. 8. lutego 2002
r. został aresztowany za czynną napaść na funkcjonariusza policji, do której
miało dojść rok wcześniej, podczas akcji eksmisyjnej. W procesie Górski został
skazany na karę ośmiu miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata.”
Chorował od wielu lat, a pomoc solidarnościową otrzymywał z wielu krajów
świata. Być może nawrót choroby przyspieszyło poturbowanie przez funkcjonariuszy
policji we wrześniu 2009 r., podczas obrony eksmitowanych na bruk. W szpitalu,
gdzie się potem znalazł, stwierdzono bowiem nie tylko uszkodzenie kręgosłupa,
ale też przerzuty. Nie narzekał jednak i wspierał np. pracowników Collar Textil
w Opatowie, a już z łóżka kierował organizacją akcji lokatorskich i
ogólnopolskim protestem, którego głównym postulatem było żądanie amnestii dla
wałbrzyskich biedaszybników w listopadzie 2009 r.
Dla wielu Rafał Górski był nie tyle działaczem związkowym i anarchistycznym, ile
ciekawym filozofem społecznym. Jego książki:
Demokracja uczestnicząca w samorządzie lokalnym, Wydawnictwo Poznańskiej
Biblioteki Anarchistycznej, Poznań 2003, Przewodnik po demokracji uczestniczącej (partycypacyjnej), Oficyna
Wydawnicza Bractwa „Trojka”, Poznań-Kraków 2005, Bez państwa: demokracja uczestnicząca w działaniu, Korporacja Ha!art, Kraków
2007 i Polscy zamachowcy. Droga do wolności, Wyd. Egis Libron, Kraków 2008 - to nie tylko kawał rzetelnej pracy badawczej, ale też próba znalezienia demokracji
partycypacyjnej jako formy, która w polskich warunkach może odnieść
społecznie duży sukces. Subiektywnie za najistotniejszą „robotę” Rafała uważam
„Bez państwa” (recenzowałem ją zresztą onegdaj, pamiętam, iż ciekawy tekst o tej
pracy „popełnił” Oskar Szwabowski). Ale każdy z Czytelników ma prawo do
innego zdania. Ludzi niezastąpionych być może nie ma. Ale na pewno są tacy, którzy żyjąc
krótko postawili na jakość swojej egzystencji. Dobro, jakie po nich pozostało i
myśli, przydatne innym - to najpiękniejszy testament.
Tak postrzegam postać Rafała i najprawdopodobniej zdania już nie zmienię.
Lech L. Przychodzki
Kogo ratuje Donald Tusk?
Przypomnienie sobie o posiadanych złożach gazu łupkowego wygląda dość dziwnie. Nie jest bowiem wcale tak, iż złoża odkryto niedawno. Geologowie znają ich rozmieszczenie już od lat 60. XX w., a w latach 70., za czasów Gierka, program rozpoznawania obecności kopalin na terenie Polski w zasadzie zakończono. Sporo fachowej wiedzy zresztą odziedziczyliśmy po Niemcach, przynajmniej na terenach tzw. Ziem Odzyskanych. Dlaczego nie podjęto wydobycia, to sprawa inna. Tak polityczna, jak wynikająca z opłacalności technologii. Licencje na wydobycie gazu znalazły się za rządów Donalda Tuska w rękach potentatów, firm: Exxon, San Leon Energy, Chevron, BNK Petroleum i Conoco. Ponad 30 licencji na wydobycie surowca, który na 120 lat zabezpieczyłby polskie zapotrzebowanie (zakładając, iż „nagle” nikt nie zmieni nam granic) sprzedano Amerykanom.

W dodatku niemal za darmo, bo jako opłatę licencyjną „wynegocjowaliśmy”... 1% przychodu z wydobycia. Średnia stawka w USA to... 20%.

Przy okazji ujawniło się manipulowanie danymi: wg ostatniego „Bilansu Zasobów Kopalin”, autorstwa geologów z Państwowego Instytutu Geologicznego (PIG), Polska posiada zasoby gazu w wysokości 150 mld m3 (starcza to na 10 lat wydobycia). Tymczasem same złoża, przekazane Chevronowi w roku 2009 to, bagatela, 1000 mld m3!!! Prawa do innego złoża (500 mld m3) nabyła firma FX Energy. Cudowne rozmnożenie??? Potwierdzone zresztą na stronach internetowych obu koncernów...

Prawdopodobnie na podpisach Głównego Geologa Kraju pod umowami licencyjnymi straciliśmy, jako obywatele (podobno świadomi i pełnoprawni) ok. 1500 mld złotych. Nowe Prawo Geologiczne i Górnicze, które wedle zamierzeń panów Tuska i Pawlaka, miało wejść w życie już 1. lipca ub. roku, lecz zostało szczęśliwie zablokowane na ścieżce legislacyjnej, nie tylko ułatwi przekazywanie złóż za pół darmo - tym razem chodzi głównie o węgiel brunatny (ciekawe, czy Amerykanie wyburzą np. warszawską Pragę, pod którą zalegają spore pokłady tego minerału???) – ale też bez pardonu eliminuje wszelkie samorządy i organizacje społecznej aktywności z uczestnictwa w procesie koncesyjnym.

Ale to wszystko drobiazg. Zachód wziął (i pewnie jeszcze weźmie) na co koalicja PO-PSL mu pozwoli. Tyle, że ani w polityce, ani w przyrodzie nic nie dzieje się bez jakichś skutków. Zasoby i umowy do czasu utajniano przed Polakami, niewiele natomiast dało się ukryć przed wywiadem Rosji.

Rosjanie dobrze też wiedzą, iż sami Amerykanie znaleźli u siebie nowe złoża, przestawiając natychmiast zbudowane terminale LNG z importu na eksport. Rynki zbytu (głównie w zachodniej części Starego Kontynentu) gwałtownie się dla Gazpromu kurczą. Technologia pozyskiwania gazu łupkowego może spowodować radykalne zmiany na światowym rynku surowcowym, na czym Rosjanie jedynie stracą. Amerykański gaz z Polski kupią przecież i Niemcy i Francuzi, i Austriacy... Podważa to również opłacalność rurociągów paliwowych, planowanych na dnie Bałtyku.

Co w takim razie może zrobić Gazprom? Rosyjscy stratedzy wybrali opcję najprostszą – dogadanie się z rządem RP, reprezentowanym przez wicepremiera Pawlaka. Negocjacje trwają od wielu miesięcy i obie strony bardzo chcą je zakończyć sukcesem.

Czy rzeczywiście dla RP będzie to rozwiązanie korzystne???

„Dotąd Polska importowała z Rosji około 7 mld m3 gazu. Zgodnie z nową umową ma to być 10,3 mld m3. Za 85% zakontraktowanych dostaw musimy zapłacić, a więc nawet przy braku zapotrzebowania zapłacimy za około 9 mld m3 rocznie. W dodatku utrzymany będzie zakaz odsprzedaży tego gazu. Pole manewru ograniczy Polsce zapis, że Gazprom zachowa wyłączność na korzystanie z gazociągu jamalskiego do 2045 roku, co utrudni lub uniemożliwi dywersyfikację nawet po 2037 roku. Te zapisy ogromnie zwiększają ryzyko, że ta umowa będzie dla Polski katastrofalna w skutkach.”, - to zdanie bloggera, Filipa Stankiewicza.

Stankiewicz zwraca też uwagę na niepewność losów polskiej gospodarki. Ludowy wicepremier zakłada jej rozwój. Co, jeśli będzie odwrotnie? Zapłacimy wówczas za gaz absolutnie niepotrzebny.

Jak się ma planowany kontrakt, na którym skorzystają wyłącznie Rosjanie, do budowy terminalu gazowego w Świnoujściu? Tamtą drogą można przecież sprowadzać LNG znacznie taniej - Arabowie spalają go, wydobywając ropę, im potrzebny nie jest. Jeśli będziemy w ogóle chcieli od nich kupować gaz ziemny – nie zawyżą cen, wręcz przeciwnie, byle by polski nabywca chciał bez opóźnień regulować należności.

Inna rzecz, iż budowa gazoportu może w ogóle mijać się z celem, gdy brać pod uwagę rurociąg z Rosji do Niemiec, budowany po dnie Morza Bałtyckiego. Już teraz eksperci nie są pewni, czy nie przeszkodzi on masywnym statkom do przewozu LNG w dotarciu do świnoujskich terminali gazowych.

Podobnie nijak ma się umowa z Gazpromem do planów budowy rurociągu ze Skandynawii, do których powrócono, choć mało konsekwentnie. Chciano, by gazociągi Skanled i Baltic Pipe połączyły Polskę z norweskimi złożami gazu. Skanled miał biec wzdłuż południowego wybrzeża Norwegii i w cieśninie Kattegat rozwidlić się na odnogę duńską i szwedzką. Po powstaniu kolejnego morskiego gazociągu Baltic Pipe, pojawiłaby się możliwość połączenia duńskiego systemu gazowego z polskim wybrzeżem w Niechorzu. Przepustowość długiego na 240 km gazociągu, miała wynieść ok. 3 mld metrów3 gazu rocznie. Gazociąg miał rozpocząć pracę w 2013 roku, tymczasem w kwietniu 2009 r. z powodu zmiany warunków ekonomicznych i braku możliwości zapewnienia dostaw surowca, konsorcjum, realizujące projekt Skanled, zdecydowało o jego zawieszeniu. Wcześniej z konsorcjum wycofało się wiele firm, w większości skandynawskich. W skład międzynarodowego konsorcjum Skanled wchodziło początkowo kilkanaście spółek, wśród których było Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Mimo to, Gaz-System chce do końca 2011 r. przygotować techniczny projekt i badanie dna morskiego pod gazociąg Baltic Pipe - z Danii do Polski.

Skądinąd, dzięki wypowiedzi głównego doradcy premiera ds. bezpieczeństwa energetycznego Macieja Woźniaka, który w końcu października 2009 r. powiedział PAP, że nie zmieniło się sceptyczne stanowisko polskiego rządu względem Nord Streamu (łącznie z wariantem przyłączenia polskiego systemu do gazociągu Opal z Niemiec do Czech, którym płynąć będzie właśnie gaz z Nord Streamu) – wiadomo, iż koalicja PO-PSL wyraźnie stawia na nowy kontrakt z Gazpromem.

Premier Pawlak, poprzez swoich partyjnych kolegów w Wałbrzychu, dawał do niedawna wyraźne sygnały, iż nie w smak mu energia atomowa, fundowana na siłę Polakom przez Francuzów i PO, zamiast której wolałby podziemne procesowanie tamtejszych złóż antracytu metodą profesora Żakiewicza.

Lansuje jednak oficjalnie kontrakt z Kremlem.

Na jakiś (jaki???) czas przed podpisaniem umowy z Gazpromem ustrzegła nas Bruksela. KE, na podstawie doniesień prasowych, sygnalizowała, że istnieją obawy, czy porozumienie jest zgodne z prawem UE i w lutym, a także w kwietniu wysłała do resortu gospodarki dwa listy w tej sprawie. Podobno Polska udzieliła na nie odpowiedzi. Tak czy inaczej UE weszła do gry w obronie interesów niemieckich – bo jeśli nie bezpośrednio od Gazpromu, to w przyszłości będziemy musieli kupować gaz od Niemiec, ten sam gaz, który popłynie z Rosji Nord Streamem – tylko znacznie drożej... Warszawska ekipa musi się teraz „Europejczykom” tłumaczyć.

Najmniej chyba rząd RP liczy się z interesem samych Polaków. Z jednej strony oddaje niemal za darmo koncesje na własny gaz łupkowy, by przypodobać się sojusznikom z USA. Z wtórej – skazuje kolejne pokolenie na opłacanie skutków kontraktu z Gazpromem, który nie jest krajowi konieczny. Ale za to uspokaja wschodniego, potężnego wszak, sąsiada.

Asekuracyjnie wicepremier Pawlak stwierdził 29.04.2010 r. w radiowej Trójce, że „zanim to porozumienie zostanie podpisane, trzeba wyjaśnić wszelkie wątpliwości”. Trzeba. Tylko kto i kiedy ma to uczynić? Niektórzy prawnicy są też zdania, iż kontrakt musi sygnować prezydent RP, a tego do chwili wyboru nowej głowy państwa – RP nie posiada. Marszałek Komorowski jest tylko chwilowym jego zastępcą.

Zdaniem prezesa PSL również technologia pozyskania gazu z łupków to odległa i kosztowna perspektywa. Ponadto, jej stosowanie jest ograniczone na obszarach gęsto zabudowanych, wymaga bowiem wykonania wielu otworów. Z pewnością SDS-y prof. Bohdana Żakiewicza również nie mogły by stanąć przed wałbrzyskim Ratuszem. Ale tuż poza granicami dolnośląskich miast? Czemu nie!

Tak złoża gazu łupkowego, jak metoda prof. Żakiewicza, gwarantują Polsce na długie lata energetyczne bezpieczeństwo. Wciąż opłaca się zerwanie umów licencyjnych i odzyskanie praw do złóż od Amerykanów oraz jak najszybsze rozpoczęcie prac w byłym Zagłębiu Wałbrzyskim. (Tam zresztą niektórzy lokalni politycy nabrali się na ciche obietnice Waldemara Pawlaka i potraktowali je serio, publicznie wiążąc PSL z „nowym”, które już-już, a wkroczy na Dolny Śląsk... Naiwność niektórych samorządowców poraża).

Kierunek działań obecnego rządu jest jednak dokładnie odwrotny. Wyprzedamy zgodnie z tą wizją za bezcen wszystko, co nasze, a kupimy za ogromne sumy przestarzałą i niebezpieczną technologię atomową od AREVY, do tego niezbyt potrzebny rosyjski gaz i będziemy potęgą! Na liście dłużników – na pewno.

Lech L. Przychodzki
Link
Strona 1 z 2 1 2 >
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
right border
unten links unten rechts


236869 Unikalnych wizyt

Powered by powered by php-fusion   |   Theme by Moded By: UCTXs Themes

Based on greeny by: Design by Matonor

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie